sobota, 30 maja 2015

XII Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy "Kierat" :)

XII Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy "Kierat" przeszedł już do historii.

W tamtym roku byłam pewna, że już nie wystartuję. Skoro raz udało się przejść 100 km to po co jeszcze raz? Jednak kiedy tylko rozpoczęły się zapisy uważnie śledziłam listę startową, aż w końcu sama się na niej znalazłam.

Podstawowe parametry maratonu KIERAT 2015:
Teren: Beskid Wyspowy;
Start/meta: Limanowa;
Dystans: 100 km;
Suma podejść: 3500 m;
Liczba punktów kontrolnych: 15;
Czas: 30 godzin (non-stop, dzień i noc);
Termin: 22-24 maja 2015 r.


W piątek tuż przed godziną 12:00 pojechałam z M. do Limanowej do biura zawodów w celu odebrania mapy. Na korytarzu zaczęła się formować dość długa kolejka Kieratowiczów, którzy tak jak i my byli ciekawi co Organizatorzy przygotowali. Pakiet startowy z numerem 488 odebrany. Jeszcze tylko do apteki skoczyć po lepce na obtarcia i do domu. M. już się niecierpliwił kiedy zajmie się opracowaniem strategi jakie drogi będą najlepsze. Ja zajęłam się bardziej przyziemnymi rzeczami czyli jedzeniem na całą trasę. Pakowanie plecaka jak co roku przysparza mi sporego problemu. Spakowałam się do różowego 25l...eee taka różowa nie chce :D W końcu upchnęłam wszystko do mojego rowerowego. W ostatniej chwili przed wyjściem wyciągałam z niego bluzę i dodatkowe legginsy. Najwyżej będzie mi zimno więc będę mieć dodatkową motywację żeby biec.

Tuż przed godziną 18:00 spotkaliśmy się w parku miejskim w Limanowej gdzie odbył się start. Łącznie wystartowało 647 zawodników.  Trochę się nas uzbierało. Co rusz to jakaś znajoma twarz :). Jak przed każdymi zawodami tak i tutaj nie znoszę momentu startu. Do pierwszego punktu ludzie lecą jak szaleni. Udzieliło się to i nam. W ekipie liczącej 9 osób zaczynamy biec. Momentami brakowało tchu. Bluzy wylądowały szybko w plecaku.


Ja, Mariusz, Robert, Wojtek, Paweł i Tomek, a reszta ekipy gdzieś się zaplątała :)
W parku miejskim w Limanowej.
Każdy z uczestników otrzymywał kartę, którą na każdym zdobytym punkcie przykładał do czytnika. Dodatkowo jeżeli ktoś nie miał 100% zaufania do techniki to mógł performatorem przebić numer startowy. U mnie przybijanie miało bardziej charakter psychologiczny ponieważ idąc sprawdzałam ile jeszcze mi brakuje żeby zapełnić wszystko.


Kolega Andrzej postanowił pokonać dystans 100 km na rowerze :)
Do pierwszego punktu mieszczącego się w miejscowości Stara Wieś na Osiedlu Golców docieramy o 18:56 - dystans 6,5 km. Do mety dalej niż bliżej :). Idąc na drugi punkt niektóre napotkane osoby z naprzeciwka szły do pierwszego. Do dzisiaj nie wiemy którędy oni musieli iść. Trasa im dalej tym robiła się coraz bardziej kieratowa. Wydeptane ścieżki po polach, woda i błoto dostające się do butów. W pewnym momencie trzeba było przejść przez rzekę. Przez chwilę się zawahałam, ale patrzę, że Asia przeszła...no to za nią. Woda sięgała ponad kolana - w sumie to nawet nie było takie złe bo wypłukała cały syf z butów. W tym momencie dwóch kolegów, którzy szukali kładki zostali gdzieś za nami.
Ej robią zdjęcie!!! Biegniemy :)
Powoli zaczynało się ściemniać więc trzeba było założyć czołówki. Na drugim punkcie myślałam, że zatrzymamy się chociaż na chwilę żeby coś zjeść, ale nie było nawet takiej opcji. Idziemy dalej. Zaczynamy się przedzierać na przełaj przez las w górę. Przypomina mi się wspinaczka z poprzedniego roku kiedy to "wspinaliśmy" się na Lubań. Punkt kontrolny nr 3 znajdował się na Stoku Góry Kostrza.Na miejscu przywitali nas licznie zgromadzeni Sędziowie czyli rodzina Asi :).



Jeżeli dotrzemy do kolejnego punktu to będzie już 1/3 trasy. Czy to nie brzmi optymistycznie? :) Z taką myślą ruszamy dalej. Po drodze od grupy odłącza się Robert, dla którego był to pierwszy Kierat ( Pewnie też nie ostatni :)). Teraz pomyślicie, że jesteśmy okrutni, ale razem z M. przed startem ustaliliśmy zasadę, że jeżeli ktoś odpadnie od grupy to musi sobie radzić sam, a jedzenie które ma w plecaku dzielimy na wszystkich :D Od razu zaznaczam, że tyczyło się to również mnie. W tym miejscu każdy wzbogacił się o batoniki i czekolady.

Duża część Kieratu w tym roku była w takich terenach gdzie często jeżdżę na rowerze więc do pewnego momentu jeżeli wiedziałam gdzie jestem to czułam się jak u siebie. W drodzę na 4 punkt wydawało mi się, że widzę ognisko więc pewnie tam jest punkt sędziowski. Miejsce jednak mi nie pasowało...hmmm wygląda jak pożar. Oczywiście dwóch Strażaków w ekipie więc jak tylko poczuli dym to wyobraźcie sobie jak biegli. W ostateczności zostaliśmy przegonieni przez pana, który urządzał sobie jakieś wypalanie.


Nie ma to jak wspólna pasja :D <3
Dzień przed startem podczas rozmowy z Panem Andrzejem  (organizatorem) żartowaliśmy na temat jakie buty ubrać. Porada brzmiała: gumowce po kolana :D Opady deszczu i burze jakie towarzyszyły już od kilku dni przed startem niczego dobrego nie wróżyły. Stwierdziłam, że nie będę inwestować w nowe buty bo i tak to nie ma sensu. Ubrałam swoje sprawdzone z tamtego roku. To nic, że bieżnik już jest tak zdarty, że go praktycznie nie ma...jeszcze w nich obejdę - pomyślałam :D Na dłuższych postojach było przebieranie mokrych skarpet i smarowanie maścią. Wcześniej mi nawet nie przyszło do głowy żeby posmarować nogi, a przecież dzięki temu woda mniej wnika w skórę. Stojąc w kolejce po numer startowy na stoisku ze sklepu napieraj.pl zobaczyłam maść Second Skin. Dominik sprzedawca bardzo ją zachwalał. Cena jak za tak dużą tubkę była dość przystępna więc się skusiliśmy. To nie jest płatne ogłoszenie, ale muszę Wam powiedzieć, że ta maść jest genialna :)


Na trasie co jakiś czas spotykaliśmy Kieratowego pieska :)
Kolejne punkty mijaliśmy jeden za drugim co jakiś czas spotykając Kieratowiczów. Przybijając z Asią karty słyszałyśmy od Sędziów słowa uznania w postaci " Jesteś 9, 10 kobietą w tym miejscu". No no całkiem nieźle. Oby to tylko utrzymać, albo nawet lepiej czyli poprawić :). Na 8 punkt w miejscowości Lipnica Górna do "Gospody pod Kamieniem" docieramy o godzinie 03:13. Jest to już 50 km. Nawet nie wiem kiedy to zleciało. Zawsze około 30 km dopadał mnie mały kryzys, a tutaj nic. Idziemy jak burza. Pogoda też jest łaskawa. Co jakiś czas lekka mżawka. Jednak to nic w porównaniu z tym na co się nastawiłam. Zakupiłam mega dużą pelerynę. Po wcześniejszych doświadczeniach gdzie na Ekstremalnej Drodze Krzyżowej miałam do pokonania 47 km w deszczu to stwierdziłam, że wolę się w niej zagotować, ale nie chce zamarznąć.

Na punkcie nr 8 od ekipy odłącza się Michał i Paweł. Przeszli to co postanowili sobie za cel i zostali w gospodzie. Zaczyna się robić znowu jasno. Po drodze przez chwilę towarzyszy nam piesek, który chyba przewijał się z większością maratończyków. Do kolejnego punktu Sołtysie Góry - polana z amboną dzieli nas długie 9 km. Niestety po 8 km Mariusza zaczynają obcierać buty. Próbuje najdziwniejszych patentów żeby jakoś temu zaradzić, ale niestety ból okazuje się silniejszy. Ekipa wykrusza się totalnie. Nawigację przejmuje Tomek, a Mariusz schodzi do Rajbrotu i stamtąd jedzie do domu :(  Smuteczek...



Po całej nieprzespanej nocy oczy same zaczynają się zamykać. Patrzę na drogę żeby zobaczyć jaki mam odcinek przed sobą i przewracam kijkami trekingowymi z zamkniętymi oczami. Próbuje dogonić Asię i Tomka bo być może rozmowa mnie rozbudzi. Nawet kawały, które do końca wcale nie były śmieszne były lepszą alternatywą niż milczenie :D. W pewnym momencie tak się zagadaliśmy, że minęliśmy sobie szlak i zejście w las. Cofamy się w górę i na przełaj na Ostrą Górę. Myślałam, że nie ma gorszej góry od Szczebla, a jednak jest. Na punkt 12 to był istna wspinaczka po głazach, a wystarczyło tylko trochę pomyśleć i poszlibyśmy eleganckim szlakiem :).


Wspinaczka do punktu 12.

Kolejne punkty zdobywamy przemierzając czasem pokrzywy po pas. O jakże ja się cieszę, że ubrałam jednak długie legginsy, a nie krótkie spodenki :). Asia, która miała krótsze już taka szczęśliwa nie była, ale przynajmniej będzie zdrowa. Mój skrót z błotem po kostki też był niczego sobie :D Tomek tak się zaangażował w cały Kierat, że aż nie możemy wyjść z podziwu. W końcu jednak dostał odpowiedzialne zadanie: nawigować i zaprowadzić nas do mety :)


Oznaczenie Kierat w miejscu gdzie urywał się szlak. Aż byłam zaskoczona tą tabliczką.

Od 14 do 15 punktu dzielił nas dystans aż 9 km. W normalnych warunkach powiedziałabym "tylko", ale na Kieracie każdy km to wyzwanie. Od miejscowości Sechna do Żmiącej tryb marszu po asfalcie zamieniamy w bieg. Kiedy zaczynamy podchodzenie na Górę Jaworz jestem w szoku "To ta góra jest taka stroma?". Na rowerze zawsze jeździłam na nią od strony Limanowej pokonując Pasmo Łososińskie - rzekłabym, że nawet łagodna jest, a tu takie coś. Organizatorzy na koniec zaserwowali nam taki deser jak w tamtym roku na Górze Paproć. W końcu po jakże długim marszu we mgle zdobywamy punkt kontrolny numer 15.


Punkt nr 15- Tomasz i reprezentacja KS Limanowa Forrest :D
W piątek przed startem pomyślałam, że jeżeli uda mi się zdobyć Jaworz to już będę w domu. Jednak do mety/domu dzieliło mnie jeszcze 9 km. Niewyspanie coraz bardziej dawało mi się we znaki. Czułam się już tak bezradna, że jedyne o czym marzyłam to gorąca kąpiel i ciepły koc. Nerwy powoli każdemu zaczynały już puszczać... i tak oto Asia "Osiołek" pobiegła gdzieś przed siebie i nie wiem nawet jaką drogą, a ja z Tomkiem jakimiś innymi drogami. Po szukaniu drogi w lesie i trafieniu do "cywilizacji" pytamy pierwszą napotkaną miejscową osobę czy daleko jeszcze do Limanowej :D W końcu trafiamy na jakieś znane nam odcinki drogi. Im bliżej mety tym nieustające telefony z pytaniami kiedy dotrzemy.


Już coraz bliżej mety :)

W końcu jest META :) 
100 km pokonane w czasie 24:45
Moje miejsce w kategorii kobiet 13 na 92.
Miejsce w kategorii open 189 na 647.

Na mecie czekało nas miłe powitanie :)


Na mecie z Tomkiem :)
Jak trochę ochłonęłam to udałam się na zasłużony posiłek. Według aplikacji Tomka spaliliśmy około 8 000 kalorii :D Żołądek miałam jednak tak skurczony, że taka porcja to nawet dla mnie było za dużo, a jak wiecie lubię dużo jeść :)


Ta kiełbaska sama się uśmiecha :D

W niedzielę rano razem z Asią pojechałyśmy na dekorację zawodników. 

Po raz pierwszy w historii Kieratu pierwsze miejsce zdobył mieszkaniec powiatu limanowskiego Bartłomiej Karabin - 100 km pokonał w czasie 13 godzin 51 minut 13 sekund. Gratulacje :)

Gratulacje należą się oczywiście wszystkim startującym :). 
W imieniu swoim i Asi chciałyśmy podziękować Mariuszkowi, który nas bezbłędnie nawigował do 60 km i Tomkowi, który przejął później rolę nawigatora i zaprowadził nas do mety...co za ulga, że w tym roku obyło się bez śmigłowca na trasie :) 

Wiadomość dla wszystkich "Szyderców" :D Jak przejdziecie chociaż 1 punkt to możemy pogadać na temat Kieratu :).


Moja druga Kieratowe setka :)

Podsumowanie :)

W tym roku trasa pod względem technicznym nie była jakaś trudna jeżeli tak w ogóle można powiedzieć o dystansie 100 km. Pogoda jednak zrobiła swoje i już od 1 km musieliśmy zmagać się z przemoczonymi butami - żadna przyjemność, ale idzie się przyzwyczaić. Na Kieracie pół trasy idą nogi, pół trasy głowa. Najgorzej jeżeli głowa i nogi nie chciały współpracować. Nogi mogą iść, a mi się chce spać. Jestem pełna energii, a tu ścięgno Achillesa się odzywa i jakieś pęcherze na nogach. Dodatkowo ból w barku.Po dotarciu do mety całe ciało drżało z zimna i przemęczenia. Opuchlizna na nogach pozwalała mi na założenie tylko jednych butów. Ból fizyczny jednak szybko minął i znowu pojawiła się ta dręcząca myśl "za rok jak wystartuję..." :) A miałam z tym skończyć :D 

Kierat nauczył już pokory nie jednego :). Marsz z nastawieniem "Przejdę 100 km" czasem może okazać się zgubny bo pewnych kontuzji itp. nie da się przeskoczyć. W tym roku nie miałam jakiś większych kryzysów. Być może doświadczenie z poprzednich lat zaowocowało. Nie było myśli "Po co idę? Jaki to ma sens?". Było nastawienie jak wyżej "Przejdę 100 km" choćby skały... :D


Może Wy też się skusicie za rok na taki "spacer"? :)

Na starcie otrzymujemy mapę gdzie zaznaczona jest droga od punktu do punktu w linii prostej. Sami musimy wybrać najlepszą opcje. Tak wyglądała nasza trasa :)


Pozdrawiam
Kamila :)

P.S. Relacja z roku 2014 :)
http://camilla14a.blogspot.com/2014/05/xi-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html

środa, 27 maja 2015

Niebiesko żółty Beskid Sądecki :)

We wtorek 19 maja korzystając z okazji, że Panowie M. mieli wolne wybraliśmy się na wycieczkę rowerową. Jak tylko M. mnie zobaczył to zdziwiony co mi jest bo tak bladej mnie nie widział tylko zawsze byłam uśmiechnięta od ucha do ucha. Dwie nocki w pracy i godzina odsypiania to trochę za mało. Samochodem dojeżdżamy do miejscowości Łomnica Zdrój, która ma charakter typowo turystyczny. Stamtąd ruszamy szlakiem w kierunku Łabowskiej Hali. Słońce tak mocno grzało, że każde miejsce z cieniem było w cenie.


Odpoczynek w cieniu.
Tu jesteś, ale i tak dla mnie to wszystko nowe miejsca :)
Po drodze w oddali dostrzegamy trzy opuszczone chatki. Na chwilę zostawiamy rowery i idziemy sprawdzić jak wyglądają w środku. Żeby pokonać próg w jednej musimy przeskoczyć przez mrowisko. W środku zachował się piec, kredens i jakieś piętrowe łóżko. Gdyby tam trochę uprzątnąć to w warunkach turystycznych spokojnie można by tam zostać :D. Wychodząc z tych chatek zastanawialiśmy się jak musiało wyglądać życie ludzi, którzy tutaj zamieszkiwali. Pewnie trudnili się hodowlą zwierząt i uprawą roślin.Ciekawie byłoby tak cofnąć się w czasie :) M. jednak skwitował to krótkim zdaniem, że kilka dni bym tak wytrzymała, a później nie mogłabym żyć bez bloga :D


Zjazd do chatek.



Po jakiś dwóch godzinach docieramy do Schroniska PTTK na Hali Łabowskiej.Schronisko położone jest w Paśmie Jaworzyny Krynickiej w Beskidzie Sądeckim na wysokości 1061 m n.p.m. Tradycyjnie w tym miejscu zamawiam naleśniki  z czekoladą. Polecam bo naprawdę dobre :)


Tutaj inna trasa, która prowadzi do tego schroniska - KLIK :)
Mniam :D
Z Hali Łabowskiej ruszamy niebieskim szlakiem do Łomnicy. M. Pierwsze odcinki jadę niczym błyskawica. M. zakłada w pewnym momencie ochraniacze na kolana i mówi, że będzie ostro. Trochę się zaśmiałam w duchu, ale tam rzeczywiście było ostro. Po tym jak zleciałam z roweru to musiałam sprowadzać bo nie byłam w stanie zjechać. Na nogach ciągnęło w dół, a co dopiero na dwóch kółkach. 


Niebieski szlak do Łomnicy - łagodny fragment.
Po tym stromym odcinku byłam trochę rozczarowana, za to M. & M wręcz przeciwnie. Następnie przeprawa przez potok i jazda dalej. Po drodze wjechaliśmy na jakiś szlak dydaktyczny, który okazał się świetnym singielkiem. 



Upał mocno doskwierał więc jak była tylko możliwość to chłodziliśmy się wodą z potoków, a tankowaliśmy do bidonów wprost ze źródeł :)



Na swojej trasie ponownie napotykamy na jakieś opuszczone bacówki. Ciekawe ile jeszcze się ich kryje w Beskidzie Sądeckim? :)


Solarium w górach :D

Po jakimś czasie w końcu następuje zjazd. Żółtym szlakiem przez Sokołowską Górę (1082 m) w kierunku Frycowej, a w połowie odbijamy do miejscowości Złotne.Na wschodnich stokach Sokołowskiej Góry, w dolinie potoku Czaczowiec utworzono leśny rezerwat przyrody Barnowiec ,w którym dominuje buczyna karpacka, a wiek drzew dochodzi do 300 lat. Na stokach Sokołowskiej Góry odkryto 7 jaskiń. Jedna z nich to Jaskinia Złotniańska na stokach zachodnich, w dolinie Złotniańskiego Potoku. Grzbietem Sokołowskiej Góry prowadzi żółty szlak turystyczny. 

Taką jazdę to ja lubię :D.


Borowina.
Czas na przerwę :)


Zjazd do Frycowej naprawdę godny polecenia :)
Następnie kierowaliśmy się na Przełęcz Bukowina (993 m) - jest tam oznaczony szlak narciarski. Momentami oczy zamykały mi się już same. Dosyć strome podejście. Na szczycie kanapka z kotletem, które przygotował M. i ostatni zjazd w tym dniu. Tradycyjnie na koniec złapałam jeszcze kapcia  na Groniu (822 m), ale i tak trasa godna polecenia :) Jedynym miejscem jakie znałam to była Hala Łabowska, a tak to same nowości.


Kapeć...
Trasa liczyła około 33 km.




Pozdrawiam
Kamila :)

wtorek, 26 maja 2015

Skałki w Rożnowie :)

W niedzielę 17 maja razem z M. ruszyliśmy do Rożnowa na skałki. Pogoda wszędzie była trochę kapryśna, ale o dziwo tam zawsze jest w porządku. Brakowało mi dwóch przyrządów do wychodzenia więc pożyczyłam od Koleżanki na miejscu i  wpięłam się w linę - znaleźć jakąś wolną graniczyło z cudem bo na każdej ktoś coś działał. Przechodząc przez trawers ogarnęła mnie lekka panika "Jak to się robiło?" Zaraz jednak z pomocą instruktora sobie przypomniałam :D. Stłuczona kość piszczelowa dzień wcześniej dała o sobie znać. Już miałam plan, że jak wyjdę do góry to zejdę później normalną drogą przez lasek. W ostateczności zjechałam po innej linie bo inne osoby ustawiły się już za mną. Schodząc w dół mogłam sobie podziwiać widoki na jezioro :) Kiedy w tamtym roku zaczynałam przygodę z tym wszystkim ogarniał mnie straszny lęk wysokości. Teraz podchodzę do tego bardziej spokojnie. Będąc w jaskiniach gdzie jest ciemno i za wiele nie widzę skupiam się na krótkich odcinkach, które muszę pokonać. Natomiast na skałkach widzę wszystko i tutaj ręce potrafią czasem zadrżeć z obawy przed utratą sprzętu :)












Pozdrawiam
Kamila :)

środa, 20 maja 2015

Wariacje na temat klasycznej pętli gorczańskiej :)

W sobotę rano kiedy normalni ludzie jeszcze śpią to ja już biorę rower i ruszam . Trochę rzeczy przygotowałam sobie już w piątek  - wyjście z pracy o 22, zakupy...następnie robienie 10 rzeczy na raz w tym smażenie kotletów :D. Z racji braku snu do samochodu zabrałam się z kocykiem, którym się szczelnie opatuliłam :D Godzina 6:00 kokon rusza w drogę.

Jedziemy do miejscowości Ochotnica Dolna. Droga trochę się dłuży, ale to dobrze bo wcale nie widzi mi się tak prędko wychodzić na takie zimno. W końcu jesteśmy na miejscu. Na nogach pojawia się gęsia skórka, temperatura wynosi 3 stopnie. Zastanawiam się czy wolę marznąć czy może jak mi słońce praży? Wyjazd, który bardziej nazwałabym wyjściem zielonym szlakiem szybko nas jednak rozgrzewa. W miejscu gdzie krzyżował się zielony szlak i czerwony była oznaczona trasa na maraton rowerowy Cyklokarpaty rozgrywane podczas festiwalu Joyride w Kluszkowcach. Myślałam nawet o tym żeby wystartować w kategorii Enduro, ale wycieczka z M. była bardziej kuszącą propozycją :)



O ile podjazd był naprawdę wyczerpujący to będąc już na Paśmie Lubania możemy cieszyć się z uroków jazdy. Pasmo Lubania to dobrze wyodrębniony grzbiet górski w południowo-wschodniej części Gorców, między dolinami Ochotnicy, Dunajca i Krościenka, oddzielony od głównego rozrogu Przełęczą Knurowską. W pewnym momencie moim oczom ukazują się niesamowite widoki. Jest to polana Kudów. M. uświadamia mnie, że  w tamtym roku podczas maratonu Kierat spędziliśmy tu sporo czasu w oczekiwaniu na śmigłowiec GOPR-u. Cała historia tutaj KLIK :)





Dzień wcześniej zobaczyłam informację o akcji ze wsparciem dla Ani Szafraniec - Rutkiewicz. Jest to jedna z najlepszych polskich kolarek górskich. Niestety została zmuszona do przerwania swojej kariery. Zawodniczka Kross Racing Team ma problemy z sercem i przeszła szereg zabiegów. Jej cel się jednak nie zmienia - chce jechać na igrzyska do Rio de Janeiro. W związku z tym ruszyła akcja "Uśmiech dla Ani", w której każdy może wyrazić wsparcie dla Polki pod specjalnym hashtagiem #AniuUsmiechnijSie.
 
#AniuUsmiechnijSie :) :)Więcej o akcji - kliknij :)

Na trasie przejeżdżamy przez Studzionki jest to przysiółek w Paśmie Lubania położony na wysokości 880-930 m n.p.m. Na Studzionkach znajduje się prywatny skansen etnograficzny, w skład którego wchodzi dom-muzeum, drewniana góralska kaplica oraz kuźnia. Dom, utrzymany w stylu lat 20. XX wieku, zawiera kolekcję góralskich przedmiotów codziennego użytku, pochodzących w znacznej mierze z terenu Ochotnicy Górnej.Kaplica nawiązuje do gotyckich kościołów pradoliny Dunajca, a część jej wyposażenia pochodzi ze starego, rozebranego w 2003 roku,  kościoła w Ochotnicy Górnej. Z kolei przeniesiona w 2008 roku z Ochotnicy Górnej – Jaszczego kuźnia zachowała pełne, oryginalne wyposażenie kowalskie. Skansen można zwiedzać za zgodą właścicieli.



Z krótkiego asfaltowego odcinka ponownie wkraczamy na czerwony szlak. Po kilku godzinach czeka na nas w końcu konkretny zjazd do Przełęczy Knurowskiej, która oddziela rozróg Turbacza od Pasma Lubania. Tutaj zastajemy samochód W., z którym mieliśmy się spotkać...tylko, że przy wyjeździe 2 godziny przed nami może to być ciężkie.






Z Ochotnicy na Wielką Wojnę - tablica na Przełęczy Knurowskiej.
Kierujemy się w stronę Turbacza (1310 m) - najwyższy szczyt Gorców. Po drodze mijamy spore grupy turystów. Niektórzy patrzą z niedowierzaniem, że pod górę da się wyjechać, a inni co musieli zostawić rower w domu nie ukrywają, że zazdroszczą nam jazdy. Też znam to uczucie kiedy jestem gdzieś pieszo, a drogi idealnie nadają się na rower :D



Po prawie 5 godzinach jazdy docieramy na Turbacz. Robimy tankowanie wody do bidonu i do bukłaka. Na miejscu  oczywiście tłumy ludzi, którzy schodzą się z każdej możliwej strony. Są i nasi znajomi - jedni wyjechali z Rzek, drudzy z Koninek, a my jak wcześniej pisałam z Ochotnicy Dolnej. Czyli można by rzec "Na Turbaczu spotkajmy się!" :) Miałam okazję poznać osoby, które czytają mój blog...."O to ta dziewczyna z facebooka" :D Nie powiem miło :) Pozdrawiam Was :)


Nerwusek się spisał :)
Tankowanie do pełna :D
Na Turbaczu spotkajmy się :)
Do schroniska jednak nie wchodzimy. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Z M. kierujemy się w stronę Czoła Turbacza. Po drodze mijamy skałę zbudowaną ze zlepieńców, zwaną Diabelskim Kamieniem. Wmurowana jest tutaj tablica upamiętniająca zmarłych ratowników "Pamięci Ratowników Grupy Podhalańskiej GOPR".


Skała z tablicą upamiętniająca Ratowników GOPR.
Wypychając rower do góry byłam tak zajęta opowiadaniem czegoś, że się potknęłam. Rower na mnie, a ja na kamień. Krew się nie polała, ale łzy tak. Stłuczona kość piszczelowa. W ciągu chwili pojawił się krwiak. Mijający turyści coś do nas mówią, ale w tym momencie mało co do mnie dociera. Trzeba podjąć decyzję czy skracamy trasę czy jedziemy dalej. Decyduję, że robimy to co zaplanowaliśmy. Zjeżdżamy do Koninek. Jak wiecie lub nie porobili tam schody z belek, które dla rowerzystów są istnym przekleństwem. Brak snu daje o sobie znać.Na jednym zakręcie 90 stopni już nie wyrabiam i lecę przez kierownicę. Upadanie mam już tak wyćwiczone, że nawet specjalnie nie poczułam. M. mknie gdzieś z przodu siejąc postrach wśród ludzi, którzy nie wiedzą gdzie mają się schować, a tuż za nim jeszcze ja :).


:)
Po jakże ekscytującym zjeździe po belkach pozwalamy sobie na odrobinę luksusu. Wyjazd 2 km wyciągiem na Tobołów. W Koninkach jest prawdziwy Park Rowerowy, który zawiera wiele wesołych i skocznych tras w lesie, 2 trasy DH pod wyciągiem z dużą ilością skoków, Slope Park na szczycie Tobołowa, NS-y (drewniane kładki) na polanie do nauki i zabawy z rowerem, 2 miłe trasy z bandami i stolikami na nartostradzie, wypożyczalnia i przechowalnia rowerów. Mam nadzieję, że kiedyś tam sobie po nich pośmigam :). Więcej o parku na stronie: http://www.koninki.pl/strona-glowna/koninki-gravity-park.html


Tak to jeszcze mój rower nie jechał :)
Po wyjechaniu kolejką ponownie kierujemy się w stronę Turbacza. W oddali widać Obserwatorium Astronomiczne na Suchorze (Suchorze) – obserwatorium zlokalizowane na szczycie Suhory (1000 m n.p.m.), na terenie Gorczańskiego Parku Narodowego.. Jest najwyżej położonym obserwatorium astronomicznym w Polsce. Jest własnością i placówką badawczą Katedry Astronomii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Sporadycznie jest udostępniane zwiedzającym.


Obserwatorium astronomiczne na Suchorze.
I znowu te schody...już mi na nie brak słów... :)



Sezon borówkowy już coraz bliżej :)



Na szczyt Turbacza docieramy już z W., który wyjechał przed nami. Jakimś sposobem udało nam się w końcu spotkać na trasie. Nie ma to jak jazda razem tylko zobaczenie się po prawie 40 km.


Na szczycie Turbacza.
W schronisku na Turbaczu tradycji musiało stać się za dość i na stole pojawiła się zupa pomidorowa, a do tego jeszcze ciasto z borówkami. Jak szaleć to szaleć. A nie ukrywam, że na odcinku Turbacz - Gorc nabierałam takich prędkości, że jeden błąd i gleba. Momentami trzeba było puścić hamulce i dać się nieść tak jak rower chce.




Widoki mieliśmy naprawdę piękne :)
W ostatnim wpisie pisałam o kapliczce, z którą związanych jest sporo legend. Kapliczka Bulandowa znajduje się w górnym rogu jednej z najpiękniejszych gorczańskich polan. Obok ławki dla turystów. Pięknie prezentuje się stąd pobliski Kudłoń i Gorc, rozległe widoki na Beskid Sądecki i Wyspowy. Przy szlaku turystycznym na skraju polany tablica informacyjna z panoramą szczytów, które stąd widać. Obok kapliczki, na zachodnią stronę żółty szlak (15 min.) prowadzący przez las do największej gorczańskiej jaskini – Zbójeckiej Jamy.
Kapliczka jest najstarszym zabytkiem sakralnym w Gorczańskim Parku Narodowym. W  1996 r. licząca sobie wtedy 92 lata kapliczka została odnowiona przez pracowników GPN i spadkobiercę Tomasza Chlipały.

Cesarz Enduro i Cesarz Skiturów :D
Szczyt Gorca (1228m)  trochę trawersujemy. Prawie 10 km zjazdu przez Piorunowiec do Ochotnicy. M. po drodze wynajduje jeszcze jakieś nowe opcje do zjazdu, które jak zwykle zaskakują i to pozytywnie. Będąc już na asfalcie M. ma jakąś awarię koła więc przesiadka na rower W. i do samochodu, a następnie wszyscy w komplecie jedziemy na parking gdzie W. zostawił swój samochód.


Aferki się zdarzają. Nowiuśkie skarpetki :D
Jechałam z nastawieniem, że trasa będzie liczyć tylko 40 km, a okazało się że zrobiliśmy 60 km i to wyłącznie w samym terenie. Cały dzień jazdy, a wieczorem na ognisko... :) Przewiozłam ze sobą dwie dętki i o dziwo żadnego kapcia. Pewnie jakbym ich nie miała to byłoby na odwrót :D. 

Ze względu na bolącą nogę tak sobie pomyślałam, że może dam sobie na chwilę spokój z rowerem. A gdzie tam! Kolejna relacja już niebawem :)




Zobacz również inną trasę:
http://camilla14a.blogspot.com/2014/07/gorczanski-klasyk-w-wersji-wet-turbacz.html

Pozdrawiam
Kamila :)

P.S. Mam nadzieję, że 3 godziny pisania nie poszły na marne i ktoś to przeczytał :D