niedziela, 20 sierpnia 2017

"Let's Twister Again" czyli odkrywamy Beskid Śląski :)

Wiem, wiem dawno mnie tutaj nie było. Zabierałam się za ten wpis, ale często zdarzało się, że w ciągu dnia potrafił mnie zmorzyć sen, a później mówiłam sobie, że jutro napiszę. Tyle, że to jutro długo nie chciało nadejść, ale już jest.

Jakiś czas temu razem z M. wybraliśmy się na krótki wypoczynek do Szczyrku. 

Przed wyjazdem przejrzałam jakie atrakcje oferuje ta miejscowość - w końcu oboje byliśmy tam pierwszy raz. Okazało się, że każdy niezależnie od wieku znajdzie tutaj coś dla siebie. Nas jednak najbardziej interesowały góry. Stanęłam jednak przed ogromnym dylematem. Zaraz się pewnie zaczniecie śmiać, ale rozpatrywałam czy zabrać kijki trekingowe czy może pożyczyć rower crossowy i na nim rekreacyjnie pokręcić. W końcu M. podjął męską decyzję, a ja tylko przyklasnęłam temu pomysłowi - zabieramy nasze fulle. Nie ma kompromisów!

Różowa walizka jeszcze z czasów studiów została wyciągnięta ze stryszku. Spakowałam się na każdą możliwą okazję. Zabrałam sukienki, a kurtkę przeciwdeszczową, którą trzymałam już w ręce jakoś w ostatniej chwili odłożyłam. Później zastanawiałam się czy to nie był błąd.

Jadąc w piątek po południu pogoda trochę nas przestraszyła, ale tylko na chwilę. Przez cały czas było słonecznie.

Po dotarciu na miejsce zameldowaliśmy się w pensjonacie i ruszyliśmy coś zjeść obmyślając plan na następny dzień.



Sobota godzina 05:00 zaczyna dzwonić budzik. Naprawdę trzeba być "normalnym" żeby przyjechać odpocząć i wstawać tak wcześnie. M. już jest gotowy do drogi...ja też wstaje, ale tylko po to żeby przekręcić klucz i dalej spać.

Na pierwszy strzał idzie Skrzyczne (1257 m n.p.m.). Na szczycie znajduje się schronisko PTTK. Można tam również wyjechać wyciągiem ze Szczyrku. Na zboczach góry znajdują się trasy narciarskie, a także wiele szlaków turystycznych i rowerowych. Na tutejszych trasach downhill rozgrywały się między innymi zawody Pucharu Polski.  


Na szczycie Skrzycznego wznosi się charakterystyczny 87-metrowy masz nadajnika RTV.




Czerwony szlak ze Skrzycznego.
Około godziny 09:00 M. już był z powrotem w pensjonacie. Królewna pospała (czytaj: Kamila) można więc było się udać na pyszne śniadanie. Oczywiście zaraz ruszyliśmy w trasę bo ja dosłownie rwałam się na rower. Sami pewnie wiecie jak to jest jak się nie jeździ ileś dni, a nawet tygodni...bo wiecie jazdy po asfalcie i do sklepu to nawet w to nie wliczam. Mi chodziło o jedno: góry!

Przejeżdżając koło kompleksu skoczni narciarskich Skalite zatrzymaliśmy się na chwilę żeby zobaczyć rozgrywany konkurs w skokach narciarskich. Nigdy nie miałam okazji widzieć tego na żywo, a jeszcze w lecie? Toż to czyste szaleństwo!



Nasz cel rowerowy to Klimczok, dawniej również Klimczak (1117 m n.p.m) szczyt górski w północno - wschodniej częśći Pasma Baraniej Góry w Beskidzie Śląskim. Skwar był niemiłosierny...dobrze, że po drodze było trochę ławek. Większość zaszczyciłam swoją obecnością. Szlak miał być łagodny, ale przez te skoki narciarskie tak się zakręciliśmy, że pojechaliśmy bardziej ekstremalnym. Kiedy było już naprawdę "ostro" pod górę mój Mąż mnie wyręczał i prowadził rower,  a ja w tym czasie obracałam się za siebie żeby zobaczyć piękne widoki, które coraz bardziej zaczynały się pojawiać z za wystających drzew.





Chwila na złapanie oddechu ;)



W oddali cały czas było widać Skrzyczne, o którym wcześniej pisałam. Wiecie, że nawet na jednym z wyciągów narciarskich Beskid Sport Arena w Szczyrku można było szusować na nartach? Do dzisiaj się zastanawiam co oni tam zrobili, że ten śnieg się nie roztapiał.


Bestia w swoim naturalnym środowisku :)
Koza też zapozowała :D


Kiedy robiłam to zdjęcie nie wiedziałam jeszcze co to za kwiat, ale teraz już sprawdziłam i mogę Wam napisać, że jest to naparstnica purpurowa.



Ostatnia prosta przed schroniskiem i już zaczynam myśleć co sobie zjem... pojawiła się zachcianka na kwaśnicę z ziemniakami :)



Po dotarciu do Schroniska PTTK na Klimczoku naszym oczom ukazują się tłumy ludzi. Dosyć spore kolejki do wszystkiego trochę mnie odstraszyły, ale głód był silniejszy. M. wylegiwał się na polance przed schroniskiem, a ja ustawiłam się w kolejce po swoje.



Schronisko to jest bardzo popularne w Beskidzie Śląskim ze względu na niewielka odległość kolejki gondolowej na pobliski szczyt Szyndzielni. W otoczeni schroniska znajduje się gęsta sieć szlaków turystycznych - między innymi do Schroniska PTTK na Błatniej i do Chaty Wuja Toma na Przełęczy Karkoszczonka. Idealne miejsce na wypady w góry z całymi rodzinami.







W zaledwie kilkanaście minut zdobywamy nowy szczyt jakim jest Szyndzielnia (1028 m n.p.m.). Spotykamy kilku rowerzystów, którzy zastanawiają się którędy zjadą...oczywiście pada pytanie, którą trasę my wybieramy. Śmiejąc się odpowiadam im, że dla ciężarnych...czyli takie łagodniejsze enduro :) Jadę powoli bez jakiś szaleństw, ale już to mi wystarczy żeby poczuć ten wiatr we włosach. Niesamowite uczucie!




Górna stacja kolei linowej na Szyndzielnię.
W końcu znajdujemy się na Koziej Górze (683 m n.p.m.). Rowerzystą chyba przedstawiać jej nie trzeba :) To właśnie tutaj znajdują się słynne na całą Polskę jak nie dalej ścieżki rowerowe Enduro Trails.

Co to jest? 

Kompleks „Enduro Trails – Bielsko-Biała” to sieć jednokierunkowych tras rowerowych, tzw. „singletracków”. Są to najbardziej lubiane przez kolarzy górskich, wąskie, kręte i pofalowane ścieżki o różnym stopniu trudności, od tych łatwiejszych, łagodnie opadających, aż po strome, wymagające technicznie zjazdy. Wiele tras powstało w związku z cyklicznie rozgrywanymi tu zawodami w rowerowym Enduro (stąd nazwa kompleksu). 

Centrum ścieżek wraz z punktem informacyjnym mieści się w obrębie tzw. miejskich Błoni, u stóp Koziej Góry. Trasy natomiast rozpościerają się pomiędzy Szyndzielnią i Kozią Górą (w masywie Klimczoka). Szyndzielnia wznosi się na wysokość 1030 metrów nad poziomem morza. Na jej szczyt można wjechać najnowocześniejszą w Polsce koleją gondolową. Kozia Góra jest niewielkim wzniesieniem (686 m n.p.m.) o bogatych tradycjach turystycznych. To tutaj funkcjonował najdłuższy tor saneczkarski w Europie (budowla ta nadal jest wyraźnie widoczna). W obu miejscach są klimatyczne schroniska górskie, których historia sięga XIX wieku.


Źródło: http://endurotrails.pl/



W schronisku zamawiamy znowu coś "na ząb". W czasie kiedy pierogi się gotowały ja pozwiedzałam tereny wokół schroniska i porobiłam trochę zdjęć.









W końcu są...dla mnie oczywiście jak zwykle za mało.



Widok na Bielsko - Biała.



Do tej pory tylko słyszałam jak tam jest genialnie, a już za chwilę miałam przekonać się o tym na własne skórze.  Zjazd na trasie Twister. Frajda niesamowita. Trasy są tak przygotowane, że powinien sobie poradzić tutaj każdy rowerzysta bez względu na umiejętności. Około 4 km czystego szaleństwa w najlepszej postaci. Co powiedziałam po zjeździe "Ja chce jeszcze raz!"  Na myśl przyszła mi piosenka "Let's twist again" tyle, że słowo twist zamieniłam na twister :) Po zjechaniu z trasy trzeba było wrócić jeszcze jakieś 10 km do Szczyrku - niestety już asfaltem.



Nasz wyjazd powoli dobiega końca. W niedzielę rano pakowanie tyle, że już nie jest takie straszne jak przed wyjazdem. Przy wyjeździe zawsze wszystko wrzucam do walizki jak leci. Miś jako pamiątka ze Szczyrku...teraz jestem na etapie wymyślania imienia dla "Misia" :) Może jakieś propozycje? 



Zrobiliśmy powtórkę z wcześniejszego dnia. Tyle, że pojechaliśmy już prosto do Bielska i stamtąd ruszyliśmy drogami podjazdowymi. Kiedy zobaczyłam ogromny plac zabaw w tamtych okolicach przypomniałam sobie, że to właśnie tutaj byłam jakieś 18 lat temu jak nie dawniej.



Odwiedziliśmy Centrum Testowe Giant. Jeżeli nie posiadasz swojego roweru to w tym miejscu można go wypożyczyć.



Tak wygląda trasa podjazdowa na Kozią Górkę. Nawet nie trzeba schodzić z roweru czego dowodem był sześcioletni chłopiec z rodzicami. Jestem pełna podziwu. Pozdrowienia dla Was :)



Przed zjazdem na trasie "DH+" należy zapoznać się z regulaminem ;)



I znowu Twister jest nasz! 



Weekend chociaż szybko minął to był wykorzystany maksymalnie jak się dało. M. jeszcze był tutaj później z kolegami. Ja tylko uroniłam łezkę jak odjeżdżali z rowerami na bagażniku, a ja zostałam. Stwierdziłam, że to będzie przesada z mojej strony. Domyślam się, że w tym sezonie to była moja ostatnia tak "poważna" wyprawa rowerowa dlatego też czerpałam z niej pełnymi garściami.Nie załamuje się tym chociaż na początku nie było tak kolorowo :). W końcu teraz nie odpowiadam tylko za siebie, ale i za "Misia" :).

Pozdrawiam
Kamila :)

P.S. To właśnie z tego powodu w Ekstremalnym Maratonie Pieszym Kierat na 100 km przeszłam tylko 30 km :D Zapraszam na relację w wolnej chwili :)
http://camilla14a.blogspot.com/2017/06/xiv-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html

niedziela, 2 lipca 2017

Przepis na Lubań - rowerowo i spacerowo ;)

Dziewczyny zazwyczaj potrzebują dużo czasu żeby podjąć decyzję...

Moje koleżanki  ostatnio bardzo miło mnie zaskoczyły. Dzwonię do jednej i przedstawiam na szybko plan wycieczki...trochę wymówek było, ale dobra  nie namawiam jakoś nachalnie.  Jak coś to pójdę sama chociaż wiadomo w towarzystwie raźniej. Telefon do drugiej - idzie! W międzyczasie wiadomość od pierwszej "Idę" :) I to mi się podoba!

To co zbierać się bo za 10 minut przyjadę. Sama w pośpiechu zaczęłam się pakować. Mapa! Zapomniałam mapy! Dobrze, że zorientowałam się w porę i zdążyłam wrócić do domu.



Wyjeżdżamy z Limanowej i kierujemy się do miejscowości Kluszkowce. Jest to bardzo atrakcyjna wioska. Miłośnicy sportów wodnych, zimowych, rowerowych - każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. A jak nie wierzycie to przekonajcie się sami!


Samochód zostawiamy na parkingu u podnóża góry Wdżar (766, 767 m) – szczyt w paśmie łączącym Lubań z Pieninami. Całą ekipą kierujemy się na wyciąg, którym wyjeżdżamy na górę. Zawsze to dodatkowa atrakcja i widoki lepsze.


Na szczycie każdy udaje się w swoją stronę. "Panie na lewo, panowie na prawo" A tak na poważnie to ekipa męska ruszyła na rowerze, a my spacerowo z kijkami trekingowymi. Oczywiście będąc tutaj opowiadam dziewczynom o pamiętnej wyprawie, którą razem z M. solidarnie zakończyliśmy na SOR. Zobaczcie sami: O tym jak JOY RIDE zamieniłam na JOY SOR...


 Nasz cel widać w oddali. Lubań – najwyższy szczyt Pasma Lubania w południowo-wschodniej części Gorców. Z góry Wdżar gdzie mogłyśmy podziwiać piękne widoki kierujemy się na niebieski szlak prowadzący na wieżę widokową.


 Panuje okropny skwar więc kiedy docieramy do lasu można poczuć przyjemny chłód. Po drodze jeszcze dwa razy będziemy mijać się z naszymi rowerzystami, którzy postanowili objechać wszystkie 4 odcinki specjalne, na których rozgrywane są zawody enduro.


Przy Samorodach w latach 1936–1939 Tatrzańskie Towarzystwo Narciarzy wybudowało schronisko turystyczne o około 100 miejscach noclegowych. Podczas II wojny światowej służyło głównie partyzantom i ukrywającej się przed Niemcami okolicznej ludności, był tu punkt etapowy i zaopatrzeniowy polskich partyzantów.W odwecie Niemcy 24 września 1944 r. spalili schronisko, przy okazji zabijając dwóch partyzantów. Kolejne schronisko zbudowane zostało przez PTTK w latach 1973–1974 na polanie Wyrobki,, na południe od szczytu. Była to bacówka. Spłonęła doszczętnie w styczniu 1978 r. Kamienne fundamenty i piwnice po obydwu tych schroniskach istnieją do dzisiaj. Więcej na temat schronisk możecie poczytać tutaj: KLIK.

Ruiny schroniska.
Spotkanie na trasie :)
 Na polanie od lat 60. XX wieku działa studencka baza namiotowa Lubań. Czynna jest w miesiącach wakacyjnych. Nocować można tutaj we własnym namiocie lub w kilkunastu namiotach bazowych.
Są namioty-stołówki, zadaszona wiata, wodę czerpie się ze źródełka położonego na południowych stokach Lubania (przy szlaku turystycznym na przełęcz Snozka)
.
Kto chętny na prysznic? :D
Jak widać możliwości jest wiele.

Wieża widokowa coraz bliżej.
W 2015 roku na szczycie zachodniego wierzchołka została wybudowana 22-metrowa wieża widokowa.  Dodam, że na wieżę wyjdzie każdy bez względu na wiek. Schody tam są nawet łagodniejsze niż w nie jednym domu. 

Czy wiecie, że według ludowych podań Lubań to miejsce przeklęte i magiczne zarazem. Miejscowi czarownicy toczyli tutaj między sobą spory. Po wypowiedzeniu przez jednego z baców-czarowników straszliwego przekleństwa całe stado owiec wraz z z juhasami zapadło się pod ziemię. Podobno w dniu św. Jakuba (25 lipca) z tego miejsca wydobywają się spod ziemi okrzyki juhasów i dzwonki owiec.



 Na wieży widokowej na Lubaniu z każdej strony na tablicach jest przedstawiona panorama więc  można dowiedzieć się na jakie szczyty się spogląda.


 Krzyż papieski na szczycie Lubania.


 Na polu namiotowym rozkładamy się z naszym prowiantem i robimy sobie dłuższą przerwę.


Nadchodzi jednak czas, że trzeba wracać bo przed nami jeszcze długa druga. Idziemy czerwonym szlakiem do Krościenka nad Dunajcem.
 



Jak idę trzy koleżanki to wiadomo, że buzię się nie zamykają dlatego też trzeba czuwać gdzie się idzie. My skręcamy w prawo.


 Po dniu pełnym wrażeń w końcu docieramy do Krościenka nad Dunajcem. Mniej więcej w tym samym czasie reszta ekipy skończyła jeździć na rowerach. Czekamy w umówionym miejscu i wszyscy się spotykamy. Po drodze oczywiście wymieniamy się relacjami jak było :).


Jeżeli będziecie wybierać się na Lubań na rowerze to koniecznie zobaczcie moją wcześniejszą trasę :)
Błyszcz, Dzwonkówka, Lubań czyli ENDURO pełną gębą.

Pozdrawiam
Kamila :)