środa, 19 kwietnia 2017

Trance Elegance czyli Enduro w Lechnicy

Jakiś czas temu zaplanowaliśmy z M. że skoro mamy wolną sobotę to pojedziemy w Beskid Niski zdobywać górę Cergową.

Myślami już tam byłam jednak syrena w straży szybko sprowadziła mnie na równe nogi...życie ze strażakiem jest takie nieprzewidywalne. Kiedy akcja się skończyła było już sporo po północy...

O Cergowej można było już zapomnieć bo znowu ja nie zdążyłabym do swojej pracy...Wybraliśmy bliższy kierunek czyli Pieniny.



Po drodze zabraliśmy Gosię z rowerem. Było trochę przejść z kupnem ubezpieczenia turystycznego przez internet, ale na szczęście się udało. Pewnie zastanawiacie się po co to ubezpieczenie, ale zapewniam Was, że bez tego lepiej się nie ruszać poza granice. Tak sobie myślę, że to będzie pomysł na osobny wpis.

W końcu dotarliśmy do Szczawnicy. Udało się znaleźć jakieś wolne miejsce na parkingu i jazda. Na początku jechaliśmy drogą wzdłuż Dunajca. Następnie dotarliśmy do Leśnicy na Słowacji skąd zielonym szlakiem  jechaliśmy na Haligowskie Skały.  Zjazd czerwonym szlakiem do Czerwonego Klasztoru.





Kolejną miejscowością do jakiej dotarliśmy była Lechnica.  Są tam nowo powstałe trasy enduro - nawet  nie było jeszcze oficjalnego otwarcia. Prawdopodobnie cała wioska się zorganizowała i wspólnymi siłami zdziałali takie cuda. Wyjazd pod górkę ma kilka km i jest utworzony w formie serpentyn więc spokojnie można tam wyjechać bez schodzenia z roweru. Niestety to nie był mój dzień do jazdy i kilka razy musiałam tam poprowadzić.

Więcej informacji na temat trasy: http://www.cyklocin.sk/








U góry chwila na coś słodkiego i zjazd w dół.
Jak opisać zjazd jednym słowem? Genialny! Może w trzech miejscach trzeba było przenieść rower bo były jakieś powalone drzewa, ale obstawiam, że pewnie zostaną usunięte w niedługim czasie. Trasa z widokiem na Trzy Korony - – najwyższy szczyt Pienin Środkowych.

Podczas zjazdu uśmiech od ucha do ucha. Wyjeżdżamy gdzieś po środku wioski, a zaraz dojeżdżamy do głównej drogi.
















Chcę jeszcze raz! Niestety w tym dniu nie jest to możliwe bo pogania nas czas...Wracamy Drogą Pienińską wzdłuż Dunajca. Droga ta idealnie nadaję się do jazdy dla całych rodzin z dzieciakami.



Po takich wyprawach z chęcią wypiłabym sobie piwko, a co robię? Szybka kąpiel i jeszcze z mokrymi włosami biegnę do pracy, ale wiecie co? Uwielbiam ten stan ;)




W niedziele nie czekając za długo znowu ruszyliśmy na trasy, ale tym razem znacznie bliżej.

Pozdrawiam
Kamila ;)
 

piątek, 31 marca 2017

Wariacje na temat Pasma Łososińskiego w Beskidzie Wyspowym :)

Jakiś czas temu napisałam na moim FB "Kamila i jej rower", że poszukuje motywacji do biegania:) Podjęłam się wyzwania 1 like = 1 km do końca marca. Pomysł był dosyć spontaniczny i zupełnie nie spodziewałam się takiego odzewu...wieczorem nastawiłam budzik na 06:00 i zabrałam się za planowanie trasy. M. jak mnie zobaczył z mapą to aż przecierał oczy ze zdumienia "Jak przebiegniesz to co sobie zaplanowałaś według mapy będę z Ciebie dumny" takie oto słowa padły. Skoro powiedziało się, A to trzeba powiedzieć B. B jak buty.  Zakładam i wychodzę z domu - znacznie później niż zaplanowałam, a wszystko dlatego, że jestem strasznym śpiochem. Zaczyna kropić deszcz. Czy aby na pewno dobrze się ubrałam? Koniec wymyślania. Z cukru nie jestem więc się nie stopię. Moje założenie: przebiec Pasmo Łososińskie w Beskidzie Wyspowym.



Wybiegam z miejscowości Laskowa czarnym szlakiem na Sałasz. Po drodze przebiegam przez Korab (727m) gdzie znajduje się cmentarz wojskowy. Zawsze byłam przekonana, że już tam kiedyś byłam, a guzik prawda bo okazało się, że jestem tam pierwszy raz. Ten czarny szlak jest dosyć stromy więc będzie idealny na szybkie wypady na rowerze.



W dolinie były już początki wiosny, a tutaj jak widać aura jeszcze zimowa :)



Biegnę dalej...Jaworz. W momencie kiedy poprawiałam buty coś mnie tknęło i spojrzałam na tabliczkę informacyjną o szczycie, a tam jakiś metalowy rowerek...kiedy przyjrzałam się z bliższa okazało się, że to ktoś z mojej ekipy KRW go tam zostawił. Aż miło się zrobiło.


KRW :)
Endorfiny biegowe powoli zaczynają się uwalniać. Zbiegając z góry czuję. że nic nie jest w stanie mnie zatrzymać. Wpadam w trans! Szybkie wyjście na wieżę widokową, która znajduje się na polanie poniżej szczytu. Trochę tam ostygłam więc trzeba się na nowo rozgrzać.


Wieża widokowa na Jaworzu.
Kolejny punkt to Babia Góra (727m), ale nie ta w Beskidzie Żywieckim. Po pewnym momencie wybiegam we wsi Skrzętla Rojówka. Biegiem dalej, aż do Przełęczy Św. Justa. Niestety tutaj już cały czas asfaltem. Zaczyna być to bardziej marsz, ale tak naprawdę nigdzie mi się nie śpieszy. 20 km w 4 godziny wiem, że mogło być znacznie szybciej, ale za dużo rzeczy mnie zachwycało po drodze.



Cel osiągnięty! Jestem 20 km od domu i co dalej? Realizuję dalej swój plan. Wcześniej dzwonię tylko do Koleżanki na małe pogaduchy. Przystanek autobusowy trzeba się jakoś ogarnąć tzn. poprawić włosy. Kciuk w górę i mam pierwszy samochód i to za pierwszym razem. Ma się ten urok! :) Docieram do Łososiny Dolnej, a później kolejnymi stopami do domu. Nie wiem czy wiecie, ale uwielbiam czasem jechać w ten sposób. Zdarza się to sporadycznie, a wszystko zaczęło się prawie 10 lat temu w Irlandii...jak ten czas leci :)


Zobaczcie jeszcze krótką fotorelację z miesiąca marzec! :) 

Szybki wypad rowerowy na górę Sałasz i odkrywanie nowych zjazdów z koleżanką Gosią :)


Uwielbiam ten rower! <3


 Przyjrzyjcie się dokładnie temu zdjęciu i porównajcie z tym wyżej :)


Niebieski szlak Pasma Łososińskiego.
Łyda sama się nie zrobi, a szosa idealnie temu sprzyja.



Widoki z Walowej Góry :)

Spalanie kalorii po niedzielnym obiedzie na Śnieżnicy :)


Zejście z góry Śnieżnica oczywiście na przełaj :)
Wczorajsze oficjalne pożegnanie zimy na stoku narciarskim Jasna Chopok. Jeśli chcecie jeszcze pojeździć to nie zwlekajcie za dużo.


Narty można już schować na strych...do następnego sezonu.

Zmykam się pakować i przygotować rower na jutro! 
Jeżeli szukacie pomysłu na wyprawę rowerową to śmiało wertujcie blog :)
Miłego weekendu!

P.S. Czasem mam wrażenie, że nie robię nic, ale jak popatrzę na zdjęcia to okazuje się, że jednak coś tam robię :D

wtorek, 21 marca 2017

Szosa kobiecym okiem - Test roweru WHYTE SOMERSET

Jak wiecie lubię zaskakiwać :) Mało kto się spodziewał, że pewnego dnia będę śmigać na szosie.

Skoro nadarzyła się okazja to grzechem byłoby jej nie wykorzystać czyż nie?

Dzięki polskiemu przedstawicielowi marki Whyte miałam okazję testować rower szosowy - SOMERSET.



Dlaczego wybór padł na nią/niego?

Rower do mtb i enduro już posiadam więc trzeba iść w jakąś totalną skrajność i stąd ten wybór.

Temat szosy był mi zupełnie obcy więc czym kierowałam się podczas wyboru? A no kolorem jak na kobietę przystało. Kiedy zobaczyłam Somerset w pięknym miętowym kolorze stwierdziłam, że to jest "to".

Moje pierwsze wrażenia?

Po wyciągnięciu z kartonu wystarczyło przykręcić jedynie kierownicę, koło i można było już ruszać. Na początku nie założyłam SPD tylko jakieś zwykłe platformy. Wolałam nie stwarzać zagrożenia na drodze. Z czasem oczywiście je zmieniłam.



Mówią, że szosa jest kobietą. Już chyba wiem dlaczego... Pierwsze chwile z szosą wcale nie były dla mnie kolorowe jak ta rama. Gdzie są hamulce? Jak tu się zmienia przerzutki? Zupełnie odmienna kierownica niż w mtb...chcesz zahamować, ale najpierw musisz zlokalizować te hamulce.



Zupełnie inna pozycja do jazdy niż w mtb. W tym momencie dowiedziałam się dlaczego wszyscy, którzy jeżdżą na rowerach szosowych mają odczepione daszki od kasku. Po prostu ogranicza to widoczność kiedy jedzie się pochylonym. 


Rozmiar roweru jaki wybrałam to 51 czyli dostosowany do wzrostu od 161 do 169cm. Waga roweru to zaledwie 10,2 kg. Czy to dużo czy mało? Mogę się jedynie odnieść do moich wcześniejszych rowerów więc jak dla mnie to jest mało. Rama aluminiowa i do tego wewnętrzne prowadzenie linek co jest oczywiście dużym plusem zwłaszcza przy dbaniu o czystość.


Z biegiem czasu kiedy ogarnęłam tę nierozgarniętą kobietę czyt. szosę jazda stała się czystą przyjemnością. Teraz wsiadam  i czuję tą pewność podczas jazdy, której na początku mi brakowało.

Pewnie pomyślicie, że jak mam do dyspozycji trzy rowery to będę mieć dylemat, który wybrać. Otóż nie! Po górach miejscami jest jeszcze trochę śniegu i ogrom błota. Asfalt natomiast już jest suchy więc w tym momencie wybór jest dla mnie oczywisty. Żałuje, że nie ma lata ponieważ szosa kojarzy mi się ze słońcem i przede wszystkim krótkim rękawkiem.


Cienkie opony więc po asfalcie mknie się niczym błyskawica. Idealny rower żeby wyrobić sobie kondycję i mocną łydę ;). Mknące samochody potrafią być irytujące, ale i na to znalazłam sposób. W Limanowej i okolicach jest tyle ciekawych dróg asfaltowych, że  z powodzeniem można tam trenować. Podjazdy w Beskidzie Wyspowym w rankingach podjazdów szosowych w Polsce są na najwyższych miejscach więc nie ma żartów!





Jeżeli chodzi o bardziej techniczne rzeczy to zobaczcie dokładną specyfikę tutaj:
Somerset Whyte




Nie wiem jak Wy, ale ja wsiadam na rower i jadę! I nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale powiem! Tak, zakochałam się! ;)

piątek, 10 marca 2017

Cuba w Beskidzie Wyspowym :)

Jakiś czas temu razem z M. wybraliśmy się na niedzielną przejażdżkę. Bardzo lokalnie ponieważ nie trzeba było nawet nigdzie ruszać samochodem. Z miejscowości Laskowej pojechaliśmy na wzgórze Cuba (596m) w Beskidzie Wyspowym. Nawet nie wiedziałam, że ten "pagórek" się jakoś nazywa. Cube łatwo rozpoznać z daleka ponieważ znajduje się tam wieża z przekaźnikiem.


Po drodze na rozstaju dróg znajduje się zabytkowy krzyż. Został zbudowany w 1887 r. z fundacji Jakuba Gołąba na pamiątkę epidemii cholery.


Z racji, że był to jeszcze luty miejscami dawało się odczuć powiew zimy. Chociaż w lesie w większości było bardzo sucho i spokojnie można było jechać bez kurtki.





W rejonie góry Cuba znajduje się kilka ogromnych skał. Duży potencjał do ćwiczenia technicznych zjazdów. M. nie byłby sobą gdyby nie spróbował zjeżdżać ze wszystkiego co się da :) Ja stwierdziłam, że kiedyś tutaj przyjadę z grabkami i wyznaczymy swoje zjazdy :)










Będąc w okolicy góry Cuba polecam jeszcze inną trasę w tym rejonie. Idealna na szosę:
Kamionka Mała w Beskidzie Wyspowym

Pozdrawiam
Kamila :)

P.S. 
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Mężczyzn dla moich Czytelników ;) Dziękuje, że jesteście! :)

środa, 22 lutego 2017

O tym jak odkryłam nową górę - Chłopska Góra na rowerze :)

Ostatnio pisałam, że jeszcze kiedyś Was zaskoczę :) Pewnie mało kto się spodziewał, że zobaczy mnie na rowerze szosowym. Co ja piszę! Sama się tego nie spodziewałam, ale skoro jest okazja to trzeba ją wykorzystać. Tak więc przez najbliższy czas będę testować to miętowe cacko marki Whyte ;) 


W piątek (10.02.2017) późnym wieczorem razem z M. złożyliśmy ten rower. Dla mojego własnego bezpieczeństwa i otoczenia nie założyłam SPD, a zwykłe platformy.  W sobotę postanowiłam ruszyć w drogę. Pomimo zimy pogoda była dosyć łaskawa i asfalt był w miarę suchy. Uwierzcie, że dla mnie to całkowita nowość. W życiu nie jechałam na tego typu rowerze więc momentami czułam się jak dziecko, które dopiero odkrywa co to znaczy jeździć. Po moich kilku jazdach mam już trochę spostrzeżeń, ale o nich będę pisać w osobnym wpisie.




Nowa perspektywa :)
Jeszcze tego samego dnia zamieniłam szosę na moją Bestię :) Jak tylko na nią wsiadłam wiedziałam, że to jest właśnie "to". Tak dawno nie jeździłam w terenie, że aż się stęskniłam. W głowie ułożyłam sobie idealny plan na trasę i choćby nie wiem co wiedziałam, że muszę się tego trzymać.


Profesjonalna sesja :D Za stojak posłużył kijek.
Na początku pojechałam do Limanowej odwiedzić M., a tak naprawdę to liczyłam, że się załapię na coś dobrego :D Nie zawiodłam się. Zupa była pyszna. Można ruszać w dalszą drogę. Tu już po płaskim nie było bo cały czas pod górkę.


<3
Moim celem była Miejska Góra (716m) wznosząca się nad Limanową - tak dawno tu nie byłam. Droga momentami była trochę oblodzona, ale mojej Bestii to nie przerażało.


Miejska Góra.
Jakie było moje zdziwienie kiedy zamiast tabliczki z napisem Miejska Góra zobaczyłam nazwę Chłopka Góra. O co chodzi? Oryginalną tabliczkę ktoś usunął, a w jej miejsce pojawiła się nowa, informująca turystów, że oto znajdują się na szczycie... Chłopskiej Góry.



Chwilę posiedziałam na ławeczce Miejskiej/Chłopskiej Góry i podziwiałam widoki. Następnie ruszyłam w dalszą drogę...miałam już schować aparat do plecaka i po prostu jechać, ale nie mogłam się powstrzymać żeby się nie podzielić z Wami widokami.


Krzyż na Miejskiej Górze.
Kolejnym miejscem do zdobycia był wyciąg narciarski Limanowa Ski. Zastanawiałam się czy zaczynać od górnej stacji, ale stwierdziłam, że nie będę się ładować narciarzom na stok. Zjechałam trochę niżej - kawałek, który trzeba było pokonać po stoku starałam się jechać wzdłuż wyciągu krzesełkowego żeby nikomu nie wadzić. Sama jeżdżę na nartach więc zdaje sobie sprawę, że to może być uciążliwe.



Później przez jeszcze jedną górkę, ale już bez żadnych szlaków dotarłam do domu. 



Nawet nie wiecie jak mi brakowało takiej jazdy! 



Pozdrawiam
Kamila ;)