środa, 20 maja 2015

Wariacje na temat klasycznej pętli gorczańskiej :)

W sobotę rano kiedy normalni ludzie jeszcze śpią to ja już biorę rower i ruszam . Trochę rzeczy przygotowałam sobie już w piątek  - wyjście z pracy o 22, zakupy...następnie robienie 10 rzeczy na raz w tym smażenie kotletów :D. Z racji braku snu do samochodu zabrałam się z kocykiem, którym się szczelnie opatuliłam :D Godzina 6:00 kokon rusza w drogę.

Jedziemy do miejscowości Ochotnica Dolna. Droga trochę się dłuży, ale to dobrze bo wcale nie widzi mi się tak prędko wychodzić na takie zimno. W końcu jesteśmy na miejscu. Na nogach pojawia się gęsia skórka, temperatura wynosi 3 stopnie. Zastanawiam się czy wolę marznąć czy może jak mi słońce praży? Wyjazd, który bardziej nazwałabym wyjściem zielonym szlakiem szybko nas jednak rozgrzewa. W miejscu gdzie krzyżował się zielony szlak i czerwony była oznaczona trasa na maraton rowerowy Cyklokarpaty rozgrywane podczas festiwalu Joyride w Kluszkowcach. Myślałam nawet o tym żeby wystartować w kategorii Enduro, ale wycieczka z M. była bardziej kuszącą propozycją :)



O ile podjazd był naprawdę wyczerpujący to będąc już na Paśmie Lubania możemy cieszyć się z uroków jazdy. Pasmo Lubania to dobrze wyodrębniony grzbiet górski w południowo-wschodniej części Gorców, między dolinami Ochotnicy, Dunajca i Krościenka, oddzielony od głównego rozrogu Przełęczą Knurowską. W pewnym momencie moim oczom ukazują się niesamowite widoki. Jest to polana Kudów. M. uświadamia mnie, że  w tamtym roku podczas maratonu Kierat spędziliśmy tu sporo czasu w oczekiwaniu na śmigłowiec GOPR-u. Cała historia tutaj KLIK :)





Dzień wcześniej zobaczyłam informację o akcji ze wsparciem dla Ani Szafraniec - Rutkiewicz. Jest to jedna z najlepszych polskich kolarek górskich. Niestety została zmuszona do przerwania swojej kariery. Zawodniczka Kross Racing Team ma problemy z sercem i przeszła szereg zabiegów. Jej cel się jednak nie zmienia - chce jechać na igrzyska do Rio de Janeiro. W związku z tym ruszyła akcja "Uśmiech dla Ani", w której każdy może wyrazić wsparcie dla Polki pod specjalnym hashtagiem #AniuUsmiechnijSie.
 
#AniuUsmiechnijSie :) :)Więcej o akcji - kliknij :)

Na trasie przejeżdżamy przez Studzionki jest to przysiółek w Paśmie Lubania położony na wysokości 880-930 m n.p.m. Na Studzionkach znajduje się prywatny skansen etnograficzny, w skład którego wchodzi dom-muzeum, drewniana góralska kaplica oraz kuźnia. Dom, utrzymany w stylu lat 20. XX wieku, zawiera kolekcję góralskich przedmiotów codziennego użytku, pochodzących w znacznej mierze z terenu Ochotnicy Górnej.Kaplica nawiązuje do gotyckich kościołów pradoliny Dunajca, a część jej wyposażenia pochodzi ze starego, rozebranego w 2003 roku,  kościoła w Ochotnicy Górnej. Z kolei przeniesiona w 2008 roku z Ochotnicy Górnej – Jaszczego kuźnia zachowała pełne, oryginalne wyposażenie kowalskie. Skansen można zwiedzać za zgodą właścicieli.



Z krótkiego asfaltowego odcinka ponownie wkraczamy na czerwony szlak. Po kilku godzinach czeka na nas w końcu konkretny zjazd do Przełęczy Knurowskiej, która oddziela rozróg Turbacza od Pasma Lubania. Tutaj zastajemy samochód W., z którym mieliśmy się spotkać...tylko, że przy wyjeździe 2 godziny przed nami może to być ciężkie.






Z Ochotnicy na Wielką Wojnę - tablica na Przełęczy Knurowskiej.
Kierujemy się w stronę Turbacza (1310 m) - najwyższy szczyt Gorców. Po drodze mijamy spore grupy turystów. Niektórzy patrzą z niedowierzaniem, że pod górę da się wyjechać, a inni co musieli zostawić rower w domu nie ukrywają, że zazdroszczą nam jazdy. Też znam to uczucie kiedy jestem gdzieś pieszo, a drogi idealnie nadają się na rower :D



Po prawie 5 godzinach jazdy docieramy na Turbacz. Robimy tankowanie wody do bidonu i do bukłaka. Na miejscu  oczywiście tłumy ludzi, którzy schodzą się z każdej możliwej strony. Są i nasi znajomi - jedni wyjechali z Rzek, drudzy z Koninek, a my jak wcześniej pisałam z Ochotnicy Dolnej. Czyli można by rzec "Na Turbaczu spotkajmy się!" :) Miałam okazję poznać osoby, które czytają mój blog...."O to ta dziewczyna z facebooka" :D Nie powiem miło :) Pozdrawiam Was :)


Nerwusek się spisał :)
Tankowanie do pełna :D
Na Turbaczu spotkajmy się :)
Do schroniska jednak nie wchodzimy. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Z M. kierujemy się w stronę Czoła Turbacza. Po drodze mijamy skałę zbudowaną ze zlepieńców, zwaną Diabelskim Kamieniem. Wmurowana jest tutaj tablica upamiętniająca zmarłych ratowników "Pamięci Ratowników Grupy Podhalańskiej GOPR".


Skała z tablicą upamiętniająca Ratowników GOPR.
Wypychając rower do góry byłam tak zajęta opowiadaniem czegoś, że się potknęłam. Rower na mnie, a ja na kamień. Krew się nie polała, ale łzy tak. Stłuczona kość piszczelowa. W ciągu chwili pojawił się krwiak. Mijający turyści coś do nas mówią, ale w tym momencie mało co do mnie dociera. Trzeba podjąć decyzję czy skracamy trasę czy jedziemy dalej. Decyduję, że robimy to co zaplanowaliśmy. Zjeżdżamy do Koninek. Jak wiecie lub nie porobili tam schody z belek, które dla rowerzystów są istnym przekleństwem. Brak snu daje o sobie znać.Na jednym zakręcie 90 stopni już nie wyrabiam i lecę przez kierownicę. Upadanie mam już tak wyćwiczone, że nawet specjalnie nie poczułam. M. mknie gdzieś z przodu siejąc postrach wśród ludzi, którzy nie wiedzą gdzie mają się schować, a tuż za nim jeszcze ja :).


:)
Po jakże ekscytującym zjeździe po belkach pozwalamy sobie na odrobinę luksusu. Wyjazd 2 km wyciągiem na Tobołów. W Koninkach jest prawdziwy Park Rowerowy, który zawiera wiele wesołych i skocznych tras w lesie, 2 trasy DH pod wyciągiem z dużą ilością skoków, Slope Park na szczycie Tobołowa, NS-y (drewniane kładki) na polanie do nauki i zabawy z rowerem, 2 miłe trasy z bandami i stolikami na nartostradzie, wypożyczalnia i przechowalnia rowerów. Mam nadzieję, że kiedyś tam sobie po nich pośmigam :). Więcej o parku na stronie: http://www.koninki.pl/strona-glowna/koninki-gravity-park.html


Tak to jeszcze mój rower nie jechał :)
Po wyjechaniu kolejką ponownie kierujemy się w stronę Turbacza. W oddali widać Obserwatorium Astronomiczne na Suchorze (Suchorze) – obserwatorium zlokalizowane na szczycie Suhory (1000 m n.p.m.), na terenie Gorczańskiego Parku Narodowego.. Jest najwyżej położonym obserwatorium astronomicznym w Polsce. Jest własnością i placówką badawczą Katedry Astronomii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Sporadycznie jest udostępniane zwiedzającym.


Obserwatorium astronomiczne na Suchorze.
I znowu te schody...już mi na nie brak słów... :)



Sezon borówkowy już coraz bliżej :)



Na szczyt Turbacza docieramy już z W., który wyjechał przed nami. Jakimś sposobem udało nam się w końcu spotkać na trasie. Nie ma to jak jazda razem tylko zobaczenie się po prawie 40 km.


Na szczycie Turbacza.
W schronisku na Turbaczu tradycji musiało stać się za dość i na stole pojawiła się zupa pomidorowa, a do tego jeszcze ciasto z borówkami. Jak szaleć to szaleć. A nie ukrywam, że na odcinku Turbacz - Gorc nabierałam takich prędkości, że jeden błąd i gleba. Momentami trzeba było puścić hamulce i dać się nieść tak jak rower chce.




Widoki mieliśmy naprawdę piękne :)
W ostatnim wpisie pisałam o kapliczce, z którą związanych jest sporo legend. Kapliczka Bulandowa znajduje się w górnym rogu jednej z najpiękniejszych gorczańskich polan. Obok ławki dla turystów. Pięknie prezentuje się stąd pobliski Kudłoń i Gorc, rozległe widoki na Beskid Sądecki i Wyspowy. Przy szlaku turystycznym na skraju polany tablica informacyjna z panoramą szczytów, które stąd widać. Obok kapliczki, na zachodnią stronę żółty szlak (15 min.) prowadzący przez las do największej gorczańskiej jaskini – Zbójeckiej Jamy.
Kapliczka jest najstarszym zabytkiem sakralnym w Gorczańskim Parku Narodowym. W  1996 r. licząca sobie wtedy 92 lata kapliczka została odnowiona przez pracowników GPN i spadkobiercę Tomasza Chlipały.

Cesarz Enduro i Cesarz Skiturów :D
Szczyt Gorca (1228m)  trochę trawersujemy. Prawie 10 km zjazdu przez Piorunowiec do Ochotnicy. M. po drodze wynajduje jeszcze jakieś nowe opcje do zjazdu, które jak zwykle zaskakują i to pozytywnie. Będąc już na asfalcie M. ma jakąś awarię koła więc przesiadka na rower W. i do samochodu, a następnie wszyscy w komplecie jedziemy na parking gdzie W. zostawił swój samochód.


Aferki się zdarzają. Nowiuśkie skarpetki :D
Jechałam z nastawieniem, że trasa będzie liczyć tylko 40 km, a okazało się że zrobiliśmy 60 km i to wyłącznie w samym terenie. Cały dzień jazdy, a wieczorem na ognisko... :) Przewiozłam ze sobą dwie dętki i o dziwo żadnego kapcia. Pewnie jakbym ich nie miała to byłoby na odwrót :D. 

Ze względu na bolącą nogę tak sobie pomyślałam, że może dam sobie na chwilę spokój z rowerem. A gdzie tam! Kolejna relacja już niebawem :)




Taka ładna pętelka nam wyszła. Jeżeli jednak ktoś ma mniej czasu to polecam trasę pod tytułem Gorczański klasyk czyli Turbacz i Gorc - więcej znajdziecie tutaj: http://camilla14a.blogspot.com/2014/07/gorczanski-klasyk-w-wersji-wet-turbacz.html





Pozdrawiam
Kamila :)

P.S. Mam nadzieję, że 3 godziny pisania nie poszły na marne i ktoś to przeczytał :D

czwartek, 14 maja 2015

Niedzielny bieg na Turbacz :)

W niedzielę 10 maja pogoda była dość nie pewna. Mimo to razem z M. postanowiliśmy, że biegniemy na Turbacz (1310 m). Samochodem dotarliśmy do miejscowości Rzeki i stamtąd ruszyliśmy na szlak. Jak tylko zobaczyłam, że ktoś jest na rowerze to małe ukłucie zazdrości czemu my nie zabraliśmy rowerów...niestety M. miał urwaną przerzutkę więc rowery chwilowo poszły w odstawkę. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że maraton Kierat coraz bliżej to bieganie nam dobrze zrobi. Do schroniska na Turbaczu dotarliśmy już w godzinach popołudniowych więc turystów była zaledwie garstka. Obecnie trwają tam remonty więc schronisko powoli zmienia swój wygląd. Na miejscu skusiliśmy się na jakiś posiłek i tak minęła prawie godzina. Ruszamy dalej. Już jestem trochę rozbiegana więc jest ok. Większy plecak jednak na takim dystansie trochę mi wadzi. Tylko, że gdzieś musiałam zmieścić bluzę, której i tak nie założyłam. Będąc na polanie Jaworzyny Kamienickiej - drugim co do wysokości szczytem Gorców możemy zobaczyć Kapliczkę Bulandy, która jest najstarszym zabytkiem sakralnym w Gorczańskim Parku Narodowym. Została ufundowana w 1904 r. przez najsłynniejszego gorczańskiego bacę - Tomasza Chlipałę, zwanego Bulandą, który na tej polanie przez ponad 50 lat zajmował się pasterstwem, wypasając owce i woły. Ponadto był znanym znachorem, leczył ludzi i zwierzęta, uważano go też za czarodzieja.
 Z polany idąc szlakiem przez las na zachodnią stronę docieramy do największej gorczańskiej jaskini - Zbójnickiej Jamy. Istnieje kilka legend związanych z jaskinią. Według jednej z nich jaskinię i jej okolice upodobali sobie pankowie – ziemne duchy z naroślami na twarzach. Według innej legendy jaskinia kiedyś podobno ciągnęła się pod całymi Gorcami. Sprawdzili to juhasi, wpuszczając do niej kozę, która umorusana wyszła pod Mogielicą...ciekawe ile w tym prawdy :).  Zakładamy czołówki na głowę i wchodzimy. Wejście do jaskini rozpoczyna się pionową studzienką o głębokości 3,5 m. Od dna studzienki odchodzi szczelina o przebiegu NE-SW, w południowo-zachodnim kierunku mająca długość 10 m, w kierunku północno-wschodnim 15 m. Wychodząc z jaskini mówię do M. żeby mi pomógł bo nie widziało mi się tam spadać w dół...owszem patrzył jak się wspinam...Nie ma to jak pomocna dłoń :D

Wychodząc z jaskini musieliśmy trochę przyśpieszyć bo nadciągała burza. Trochę nas postraszyło i przeszło gdzieś dalej. Pokonaliśmy 26 km robiąc pętle. Na drugi dzień chodząc po schodach lekko poczułam ból w mięśniach, ale jest to ból tego typu, że wiesz że żyjesz :D


Bieganie w takich okolicznościach jest naprawdę super.




Na Przełęczy Borek :)
Krokusy, a w oddali Ołtarz Papieski na Hali Turbacz.
Schronisko na Turbaczu w trakcie remontu.
:))


Kapliczka Bulandowa - po raz pierwszy byłam tutaj na maratonie Kierat w 2008 :)






W jaskini Zbójnicka Jama.
M. :)
W oddali zanosi się na burzę.
Pozdrawiam
Kamila :)

sobota, 9 maja 2015

Gdzie znaleźć inspirację do działania? :)

Jakiś czas temu wybrałam się na spontaniczną przejażdżkę z koleżanką M. Na początku był dylemat bo miał być bieg, ale jednak rower wygrał. Jednak nie będzie to wpis o dwóch kółkach, ale o czymś zupełnie innym.
Kiedy już pokonałam swój ulubiony zjazd i czekałam dosłownie chwilę na M. spotkałyśmy Biegacza. Jak to na trasie bywa zawsze zamieni się parę słów z nowo napotkaną osobą. Przedstawiamy się...Kamila mam na imię i tyle, a zaraz pytanie "Kamila i jej rower?". Nie ukrywam, że byłam zaskoczona i to w bardzo pozytywny sposób :) Miło, że ludzie doceniają w jakiś sposób to co robię, a jeszcze bardziej cieszy kiedy inspiruje ich do działania.

Rozmawiając u podnóża Góry Paproć okazało się, że Biegacz, którego poznałyśmy to to jest właśnie ten R. co robi tak genialne zdjęcia w naszej okolicy :) Oczywiście pierwsza myśl to jaki ten świat jest mały. Zdjęcia robią wrażenie sami chyba przyznacie. Rzeczy, które mamy na co dzień zupełnie inaczej wyglądają jeżeli spojrzymy na nie z innej perspektywy. Być może co niektórzy za pomocą tych fotografii odkryją w jak pięknym miejscu mieszkają. :)

Czasami szukamy inspiracji do działania nie wiadomo gdzie, a przecież czasem wystarczy rozejrzeć się w kolo i okaże się, że znajdziemy takie osoby tuż obok. Przed chwilą miałam okazję posłuchać przygód kolegi, który kupuje bilety do różnych miejsc w Europie. O wolne w pracy zaczyna się martwić dopiero później. Wiele osób powie, że też by tak chciało, ale nie wiele się odważy żeby coś zrobić w tym kierunku. 

Kończę na dzisiaj swoje przemyślenia
Zostawiam Wam kilka zdjęć autorstwa Rafała. 

A kto/co jest dla Was inspiracją? :)


Limanowa.



Wieża widokowa na Mogielicy.


P.S. Taka wiadomość to dodaje skrzydeł :)
"hej :)  Pod wpływem wpisu na Twoim blogu zrobiłem sobie dzisiaj trasę. Trochę wypychania było, ale zjazd palce lizać :)"

Opis trasy na Śnieżnicę: http://camilla14a.blogspot.com/2015/05/zbieranina-przchyba-snieznica-i-inne.html

Pozdrawiam
Kamila :)

czwartek, 7 maja 2015

Jak pokonać 100 km? :) Zapowiedź XII Międzynarodowego Ekstremalnego Maratonu Pieszego Kierat :)

XII Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy Kierat zbliża się coraz większymi krokami.

Dla tych, którzy nie są wtajemniczeni już wyjaśniam co to jest:

100 km nieprzerwanego marszu po górach Beskidu Wyspowego
i 3500 m podejść w ciągu 30 godzin to ekstremalnie trudne wyzwanie
nawet dla zaprawionych piechurów i doświadczonych biegaczy.
Ilu śmiałków tym razem postanowi mu sprostać?
Komu uda się dojść do mety?
Kto odniesie zwycięstwo w walce z przeciwnościami:
niedostatkiem sił, ciemnością, zimnem, kontuzjami? 


Podstawowe parametry maratonu KIERAT 2015:
Teren: Beskid Wyspowy;
Start/meta: Limanowa;
Dystans: 100 km;
Suma podejść: 3500 m;
Liczba punktów kontrolnych: 15;
Czas: 30 godzin (non-stop, dzień i noc);
Termin: 22-24 maja 2015 r.  


http://maratonkierat.pl/

Brzmi strasznie czyż nie? :D Co niektórzy zaczną pewnie zaraz przeliczać jakie tempo trzeba utrzymać żeby zmieścić się w limicie 30 godzin i pokonać cały dystans 100 km. Też dawniej tak robiłam: optymistyczny wariant zakładał, że jeżeli będzie się szło tak jak do tej pory to spokojnie wyrobimy się na tą i na tą godzinę. Jednak kiedy dopadało zmęczenie, zimno itp wtedy myślenie potrafiło się diametralnie zmienić i najpiękniejsza bajka zamieniała się w katastrofę. 

Na Kieracie połowę trasy idą nogi, drugą połowę głowa.  Dlatego już teraz staram się pozytywnie nastawić :) 

Będzie to mój szósty start :) Za każdym razem po powrocie do domu powtarzałam, że to już ostatni raz, ale widać jaka jestem słowna.


W tamtym roku pod relacją z XI Kieratu napisałam mały poradnik co ze sobą zabrać, jak się ubrać itp. Przypomnę go Wam i tutaj :)  Jeżeli macie jakieś własne propozycje to koniecznie napiszcie :) Całość tutaj: 
http://camilla14a.blogspot.com/2014/05/xi-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html


Moje przemyślenia po pięciu startach w Kieracie :)

Buty: 


Kiedy widziałam, że ludzie idą w biegowych butach patrzyłam na to z niedowierzaniem. No jak to? Przecież muszą być ciężkie trekingowe buty! Błąd...W tamtym roku wystartowałam w niskich butach do biegania i to był strzał w dziesiątkę. Kiedy po wpadnięciu w kałużę przemokły to i tak zaraz szybko wysychały.  Na każdym dłuższym postoju pozwalałam "dotlenić" się nogom i po prostu ściągałam buty i skarpetki. Pamiętajcie też żeby zabrać kilka par na zmianę - skarpetek oczywiście, nie butów :) Chociaż byli i tacy co nieśli, ale według mnie to zbędne obciążenie.

Bukłak:
Szkoda, że wcześniej nie miałam tego wynalazku. Na poprzednich Kieratach zazwyczaj kończyło się na tym, że byłam już odwodniona. Sięgać za każdym razem do plecaka żeby się napić wody spowalnia nie tylko Ciebie, ale i całą grupę z którą się poruszasz.

Plecak:
Super jeżeli ma pas piersiowy i biodrowy bo wtedy przylega idealnie do ciała i od razu lepiej się idzie. Na początku chciałam zmieścić wszystko do takiego o pojemności 15l jednak prędko się okazało, że będę musiała wszystko upychać, a później żeby coś wyjąć będzie ciężko. Padło więc na 25l. W tym roku biorę taki pośrodku czyli 18l.

Ubranie:

Pogoda w maju potrafi być kapryśna. Na początek zakładam krótkie spodenki, a kiedy robi się chłodniej to legginsy, a na rano i cały dzień kiedy słońce przygrzewa znowu krótkie. Pamiętajcie żeby zabrać coś na deszcz. W tamtym roku jak dopadła nas ulewa to myślałam, że zamarznę bo moja kurtka jednak się nie spisała i siedziałam pod folią NRC. Nakrycie głowy też może się przydać. 

Folia NRC:
Zastanawiałam się po co nam to potrzebne. Teraz wiem, że jest to rzecz, która zajmuje mało miejsca, a może uratować.

Kijki:
Na takim maratonie jak dla mnie muszą być obowiązkowo i to nie podlega dyskusji :).


Apteczka:
Warto zabrać ze sobą jakąś maść rozgrzewającą oraz lepce na obtarcia. 


Trening na Kierat?
Trenerem nie jestem więc wskazówek tutaj udzielać nie będę, ale wiadomo, że wstając prosto od biurka to może być ciężko. Ważne jest żeby zabrać ze sobą uśmiech i ekipę, która będzie wspierać na każdym kroku. Dlatego zawsze na początku oznajmiam znajomym., że jak bym miała marudzić, rezygnować czy coś to mają mi dać kopa żebym szła dalej i tak nawet nie mówiła. :)



Mam nadzieję, że ktoś da się namówić i wystartuje :)   










Pozdrawiam 
Kamila :)

P.S. Rok kalendarzowy nie powinien zaczynać się od Stycznia tylko od Kieratu :)

poniedziałek, 4 maja 2015

Zbieranina - Przchyba, Śnieżnica i inne różności :)

1. We wtorek 28 kwietnia razem z M. wybraliśmy się na Przechybę (1173m). Szybki wyjazd asfaltem - w niektórych miejscach jest nawet trochę śniegu. W schronisku cisza i spokój. Tradycyjnie zupa pomidorowa musiała być. Została jednak końcówka więc dla mnie żurek. Do tej pory zjeżdżaliśmy żółtym szlakiem. Tym razem zdecydowaliśmy się na czerwony. Nawet całkiem fajny. Momentami dość ostre odcinki. Do tego stopnia ostre, że złapałam kapcia...grrr!!! Czy każda moja wyprawa już tak się będzie kończyć? Dumna jednak wyciągam zapasową dętkę z plecaka...i co? Nie ma wentylka ( To już jednak osobna historia :D). I znowu patent jak ostatnio w Beskidzie Małym. Rozcinanie, wiązanie dwóch końców i jazda. Trochę już nie pewna bo co jeśli znów dobije? Na szczęście jakoś docieram do samochodu. Później jedziemy do szpitala po Brata, którego za bardzo poniosło na trasie kilka dni wcześniej...


Zupa obowiązkowo :)
Przed wejściem do schroniska.




"Królowa Enduro" haha :D
Czy już zawsze tak będzie? :(


2. Weekend majowy w tym roku był wyjątkowo krótki. 1 maja spędziłam na skałkach w Rożnowie.Nowi kursanci zaczęli swój kurs taternictwa jaskiniowego. Kiedy w tamtym roku zaczynałam to wszystko to patrzyłam z podziwem, że tak można chodzić. Teraz robi to na mnie wrażenie, ale wiem, że ja też tak mogę :D. Zanim jednak założyłam uprząż musiałam sobie przypomnieć co i jak :). Wychodzenie po linie około 30 metrów nad ziemię nie budziło już we mnie takiego strachu jak dawniej, ale i tak ręce się trzęsły w obawie przed upuszczeniem jakiegoś sprzętu podczas przepinania się z jednej liny na drugą. Po całym dniu punkt kulminacyjny czyli ognisko :). Kolejne dni spędzone na spotkaniach ze znajomymi i oczywiście w pracy :D. Niestety nie miałam aparatu na skałkach więc zdjęcie z mojego archiwum :).





3. Dzisiaj postanowiłam wygonić z siebie lenia i poszłam pobiegać. Ledwo wróciłam do domu, a już telefon czy jedziemy na Śnieżnicę (1006m). Miały być zakupy, ale chyba logiczne, że wersja z rowerem była bardziej kusząca :D. Samochodem dojeżdżamy do miejscowości Dobra i tam z przełęczy Gruszowiec ruszamy pokrętnymi drogami na zielony szlak. Do wyboru miałam dwie wersja: dłuższa droga, ale do wyjechania lub ostra droga z pchaniem roweru. Jako, że czas nas nigdzie nie gonił to zdecydowałam, że wersja pierwsza. Po drodze mijamy Schronisko na Śnieżnicy / Młodzieżowy Ośrodek Rekolekcyjny  więc jeżeli ktoś szuka noclegu w Beskidzie Wyspowym w środku lasu to można tam śmiało spędzić czas. Kilka lat temu miałam okazję być tam na ognisku klasowym. (Kiedy to było? :D) Po jakimś czasie znajdujemy się na szczycie Śnieżnicy. Jestem tutaj po raz pierwszy. W pobliżu znajduje się piękny punkt widokowy skąd paralotniarze mają idealne miejsce do startu. Na górze chwila odpoczynku dla M., który był zmęczony po nartach, a mnie wręcz energia rozpierała :). Przed nami super zjazd. Bardzo płynny i szybki. Można odlecieć :). Później kawałek musimy podjechać asfaltem i docieramy do naszego parkingu.  I tak oto góra, którą mam można by rzec pod nosem została dzisiaj dopiero zdobyta. Jak to mówią lepiej późno niż wcale :)
Rokuś i Nerwusek :)
Wyjazd zielonym szlakiem.
I tak ma być :) Na Śnieżnicy znajduje się wyciąg narciarski oraz park rowerowy. Więcej na http://www.snieznica.pl/

Gotowa do startu :)
Na szczycie Śnieżnicy.
Mapa z wyprawy :)


Pozdrawiam
Kamila :)