piątek, 22 lipca 2016

Rowerowy Lidl - czy warto? ;)

Jakiś czas temu otrzymałam przesyłkę od firmy Lidl Polska. Kiedy otwierałam dosyć sporów rozmiarów karton sama nie wiedziałam co tam na mnie czeka :) Dzisiaj pokażę Wam zawartość :)


1. Koszulka rowerowa:



Co pisze producent?

- Łatwa w pielęgnacji, wygodna i wytrzymała: idealna do długich wycieczek rowerowych
- Optymalna regulacja wilgoci dzięki włóknu funkcyjnemu TOPCOLL
- Elementy odblaskowe dla lepszej widoczności
- 3 praktyczne kieszonki na plecach z dodatkową kieszonką na zamek błyskawiczny

Moje odczucia:

Oczywiście jak na kobietę przystało pierwszą rzeczą na jaką zwróciłam uwagę to wygląd. Wzór koszulki bardzo mi się spodobał, a te białe kropeczki mnie wręcz urzekły. Zamek na całej długości koszulki ułatwia jej zakładanie. Kieszonki w tyle są dosyć pojemne i przede wszystkim jest do nich łatwy dostęp. Na kieszonce znajduję się mały odblask w formie paska. Jeżeli chodzi o rozmiarówkę mam wrażenie, że marka Crivit ma lekko zawyżoną rozmiarówkę. Na początku przeszkadzało mi, że koszulka jest trochę luźna, ale po kilku jazdach stało się to bardziej zaletą ponieważ przy jeździe z plecakiem czuję się w niej swobodnie. Koszulka jest zdecydowanym faworytem tego wpisu :)




2. Spodenki:


Co pisze producent?

- Funkcjonalne i praktyczne - jazda na rowerze w idealnym stroju
- Elementy odblaskowe zapewniają lepszą widoczność 
- Optymalne dopasowanie i wysoka swoboda ruchów dzięki włóknu LYCRA SPORT
- Wszyte, ergonomiczne wyściełanie siedzenia COOLMAX freshFX
- Praktyczna kieszonka wewnątrz na klucze
- Elastyczny brzeg nogawki z taśmą abtypoślizgową

Moje odczucia:

Materiał jest bardzo przyjemny i przewiewny więc to jest zdecydowanie na plus. Kieszonka, która została przewidziana na klucze jak dla mnie jest zbędna - takie rzeczy lepiej włożyć do kieszonki w koszulce. Taśmy przy spodenkach są delikatne i nigdzie nie uwierają. Niestety wkładka zastosowana w tych spodenkach dla mnie nie zdaje egzaminu. Pierwsza trasa w nich liczyła około 20 km. Po jakimś czasie miałam wrażenie jakby jej tam w ogóle nie było. Na dłuższe trasy nie polecam, ale na krótkie trasy typu dojazd do pracy chętnie będę w nich jeździć.
 

3. Licznik rowerowy:



Co pisze producent?

-Z wieloma funkcjami: pomiar prędkości, timer jazdy, licznik odległości, wskaźnik temperatury, licznik spalania kalorii i tłuszczu, zegar/stoper i tryb skanowania.
- Bezprzewodowy z praktycznym uchwytem na klips
- Możliwość ustawienia 6 języków
- Dobrze czytelny wyświetlacz LC z podświetleniem 
- Osłona przed zachlapaniem zgodnie z IP44
- Montaż bez narzędzi
- Łącznie z baterią

 Moje odczucia:

Instrukcja montażu przedstawiona jest w obrazkowy sposób. Momentami musiałam się wpatrzyć dokładnie żeby dostrzec szczegóły. Jeśli chodzi o zamontowanie to jest ono bardzo proste. Wszystkie elementy jakie nam będą potrzebne do montażu znajdują się w opakowaniu. Jest bezprzewodowy więc nie musimy rozprowadzać żadnych dodatkowych linek. Licznik posiada sporo funkcji. Dla mnie niektóre rzeczy typu spalanie kalorii i tłuszczu jest zbędne, ale jeśli ktoś lubi mieć takie rzeczy pod kontrolą to ok. Licznik oraz sensor mogłyby być ciut mniejsze. W każdym bądź razie zostaje na kierownicy i będziemy testować dalej :)

 
4,5,6. Dzwonek, koszyk, bidon:





Jako dodatkowy gratis w przesyłce znalazły się jeszcze 3 rzeczy. Bardziej pasują do roweru miejskiego, a takiego niestety nie posiadam. Dzwonek w piękne motylki sprawia, że chciałoby się ten rower kupić :D. Bidon jak dla mnie jest wykonany ze zbyt twardego materiału. Na uwagę za to zasługuje koszyk. Nie napiszę swoich odczuć na jego temat, ale napiszę co mówi producent. 

-proste zdejmowanie koszyka po naciśnięciu przycisku
- koszyk 20-litrowy z odpornego na rozrywanie, zmywalnego materiału ze stabilną ramą aluminiową
- w zestawie wodoodporna pokrywa ze ściąganym sznurkiem i stoperem
- odblaskowy element dla lepszej widoczności
- 1 kieszeń zewnętrzna z zamkiem błyskawicznym i 1 wyjmowaną kieszenią wewnętrzną na rzep
- 2 szlufki z wyściółką przyjazną dla dłoni
- maks. obciążenie: 5 kg


Jego gwarancja jak i licznika to 3 lata więc sami sobie możecie odpowiedzieć czy warto :)


Dziękuje firmie Lidl Polska za możliwość przeprowadzenia testów.


Pozdrawiam
Kamila :)

niedziela, 17 lipca 2016

Puchar Szlaku Solnego & Puchar Polski - Skomielna Biała 10.07.2016

W sobotę późnym wieczorem kiedy wróciłam z Mogielicy w ekspresowym tempie zrobiłam szybkie przepakowanie plecaków i zamianę rowerów ;) Full został w domu, a Sztywniak ruszył w trasę...

Do samego końca nie wiedziałam czy wystartuję w tych zawodach..od kilku dni intensywnie myślałam jak to wszystko rozwiązać żeby było dobrze. W czym był problem? Właściwie to w tym samym co zawsze...transport. Jak się działa samemu na własną rękę to rzeczy, które dla kogoś są oczywiste dla mnie już takie nie są. Wiedziałam, że muszę tam dotrzeć bo jeśli odpuściłabym te zawody to pewnie w kolejnych bym już nie startowała. Jestem taka, że albo wszystko albo nic. Na szczęście udało się znaleźć nocleg i już dzień wcześniej znalazłam się razem z Koleżanką na miejscu.

Chyba najwyższa pora pomyśleć o samochodzie bo rower jest super, ale niestety nie wszędzie na nim zajadę.
Kruszynka na zawodach super się spisała :)
Przed godziną 10:00 zanim rozpoczęły się pierwsze starty zrobiłyśmy z Gosią objazd trasy. Pamiętając swój upadek z tamtego roku gdzie kask uratował mi głowę miałam trochę obawy przed tym co nas czeka. Zamiast pojechać trasą Elita pojechałyśmy na Młodzik...tym samym ominęłyśmy ten "najgorszy" odcinek.



Z racji, że był to Puchar Polski to trasa nie mogła być zbyt łatwa. Zakręty gdzie rower mieścił się dosłownie na styk, a zaraz już następne. W kilku miejscach sobie powtórzyłam zjazd po czym stwierdziłam, że na zawodach nie będę tak ryzykować...Obserwowałam jak inni zawodnicy tylko się tam przewracają. Oczywiście na zawodach w tych miejscach nie było mowy o sprowadzaniu :D Musiałam to pokonać :)



Po treningu zrobiłam sobie jeszcze chwilę drzemki w wynajętym pokoju. Następnie trzeba było wyjechać rowerem pod dosyć stromą gorę gdzie była zlokalizowana cała impreza. Gosia niestety nie mogła wystartować bo coś rower zaczął szwankować. Świetnie za to sprawdziła się jako fotograf i kibic na trasie ;)


Mój numer startowy :)
Na linii startu było trochę tłoczno. W mojej kategorii około 18 dziewczyn, a tuż po nas start miały juniorki i juniorki młodsze. Momentami na bardziej stromych odcinkach robiły się małe korki.


Tuż przed startem.
Moim założeniem było dojechanie do mety i przede wszystkim tak jak obiecałam M. miałam się nie rozwalić :D


Wyścig rozpoczęty i już nic mnie nie interesuje oprócz jazdy :D
Na początku pisałam, że nie było tego zjazdu, którego tak się obawiałam...owszem był na objazdówce, ale ja o tym dowiedziałam się "na żywo" :D Pokonałam swoje słabości i zjechałam to płynnie. Później też było kilka takich ścianek z materacami zabezpieczającymi. Powiem Wam, że to właśnie tych miejsc najtrudniejszych technicznie nie mogłam się najbardziej doczekać.





W kategorii elita do pokonania miałyśmy 4 okrążenia liczące około 5 km jedno. Rok temu zrobiłam dwa więc teraz też się nie nastawiałam na więcej. Udało się pokonać 3 na 4 ponieważ na ostatnim miałam już dubla. Właściwie to mogłabym jeszcze jechać :)



Moje miejsce tym razem to 14, ale jakoś specjalnie się tym nie przejęłam bo wiedziałam, że tym razem nie jadę dla wyników, ale dla zabawy :) Bardziej zwracałam uwagę na klasyfikację generalną Pucharu Szlaku Solnego - obecnie jestem na trzecim miejscu.



Po zakończonych zawodach czas było wracać do domu. Tym razem trochę inaczej niż dotychczas. Ze Skomielnej Białej na rowerach dojechałyśmy do Mszany Dolnej czyli jakieś 15 km z doładowanymi plecakami. Następnie rowery zostawiłyśmy u znajomych, a później autostopem - udało się bezpośrednio do Limanowej :) To jeszcze nie był koniec mojego szalonego weekendu bo zaraz czekała mnie zmiana w pracy.



To był mój pierwszy wyjazd na zawody gdzie musiałam nocować. Powiem Wam, że w sumie nie wyszło źle bo przynajmniej nie musiałam się zrywać już o 6 rano, a mogłam spokojnie pospać. Jeżeli będziecie w okolicy i potrzebny będzie Wam nocleg to polecam "Rancho". Niesamowita atmosfera i bardzo sympatyczni ludzie.


"Rancho" :)

Czasem zastanawiam się po co ja to robię wszystko! Ktoś inny by mi powiedział żebym dała sobie spokój bo i tak nic z tego nie mam...Powiem Wam, że owszem mam ;) SATYSFAKCJĘ :)


Pozdrawiam
Kamila ;)

wtorek, 12 lipca 2016

Odkrywamy Królową Beskidu Wyspowego ;)

Uwielbiam kiedy mój weekend jest wypełniony zajęciami co do minuty. Nie mam wtedy takiego poczucia, że marnuję czas ;).

 

W sobotę rano kiedy Wy już pewnie kręciliście na rowerze ja jeszcze byłam w pracy. Jednak zaraz po powrocie wskoczyłam w rowerowe ubrania i razem z M. pojechaliśmy zdobywać Królową Beskidu Wyspowego czyli Mogielicę (1170m). Z punktów widokowych, na szczycie i na polanach, rozpościerają się szerokie widoki na Beskid Wyspowy, Beskid Sądecki, Pieniny, Gorce, Tatry.


Nie zliczę ile razy już tam byłam na rowerze. Tym razem jednak Mogielica dała się poznać od innej strony. Zaparkowaliśmy samochód poniżej Przełęczy Rydza Śmigłego i stamtąd zaczęliśmy naszą drogę. Całkiem nowe warianty. Kiedy pchaliśmy nasze rowery pod górę to pomyślałam sobie, że jeżeli zakładałabym znowu blog to nazywałby się "Bez szlaku" :D.

Skróty :D
A teraz wyobraźcie sobie sytuację...przedzieramy się jakimś wąwozem. M. idzie przede mną i łamie niektóre suche gałęzie. Moja pierwsza myśl to "O jak się troszczy żeby mi gałęzie nie przeszkadzały". Zaraz jednak się zaśmiałam i uświadomiłam sobie, że bardziej robi to pod kątem zjazdu, a nie mojej wygody...głupia ja :D


Po jakimś czasie znaleźliśmy się na zielonym szlaku. Kamień na kamieniu...jak zwykle romantycznie ;)


Oczywiście musiałam skosztować borówek, których na polanach jest dosyć dużo. Jeśli to czytacie to możecie tam spokojnie się wybrać - nie zabraknie :)


W oddali widać już wieżę widokową. Piękne widoki dookoła :) Czego można chcieć więcej? 




A no można chcieć! Zjazdów :D


Kiedy dotarliśmy na szczyt postanowiłam wspiąć się jeszcze wyżej żeby porobić specjalnie dla Was kilka zdjęć :) Wiało tam strasznie dlatego też za długo tam nie siedziałam.


Jako ciekawostkę dodam, że na szczycie Mogielicy od wielu już lat organizowany jest w sierpniu (w przedostatnią niedzielę) coroczny „Złaz turystyczny – Mogielica”. Jeżeli nie macie jeszcze planów to możecie rozważyć ten pomysł ;)


 
 
A jeśli chcecie pojeździć na rowerze to warto wiedzieć, że w pobliżu istnieje możliwość bezpłatnego wypożyczenia roweru. Można objechać Mogielicę dookoła. Więcej informacji znajdziecie tutaj: http://trasymogielica.pl/

Wieża widokowa na Mogielicy.
Gdyby nie to, że mój grafik w tym dniu był strasznie napięty to jeszcze chętnie bym posiedziała na polance gdzie znajduje się krzyż papieski. Zjazd jak zawsze ekstremalny. Nie wiem jak M. to robi, ale ma niesamowitą intuicje do odkrywania nowych ścieżek. Żeby było lepiej to zawsze wyjeżdżamy z lasu tuż obok parkingu gdzie czeka na nas samochód. Spontaniczny wypad, ale jakże miły ;) 

Po powrocie do domu zaczęłam pakowanie, ale o tym w kolejnym wpisie ;)

Wobec piękna gór czuję, że On jest... i wtedy zaczynam się modlić”.


Pozdrawiam
Kamila :)

P.S. Trudno mi pisać o miejscach, w których byłam już kilka razy ponieważ nie chce się powtarzać ;) Jeżeli chcecie znaleźć inne trasy związane z Mogielicą lub jakąkolwiek inną górą to wciśnijcie odpowiednie tagi lub po prawej stronie w wyszukiwarce wpiszcie co Was interesuje :) Być może tam byłam i mój wpis okaże się pomocny przy planowaniu wycieczki.

wtorek, 5 lipca 2016

W strugach deszczu - relacja z biegu górskiego Limanowa Forrest ;)

Relacja z zawodów Limanowa Forrest zazwyczaj zaczynała się od słów "Niesamowity żar lejący się z nieba..." STOP! Nie tym razem :)

W niedzielę 3 lipca  w strugach deszczu wystartowałam w VIII edycji Międzynarodowego Biegu Górskiego Anglosaskiego Limanowa Forrest. Od miesiąca robiłam przygotowanie do tego biegu. Powiedziałabym, że bardziej mentalne. Za każdym razem powtarzałam sobie, że w końcu może pora iść pobiegać...kończyło się jednak na rowerze.


Pamiątkowy medal, koszulka i mój numer startowy :)
Kiedy rano spojrzałam przez okno pogoda ani trochę nie zachęcała do wyjścia. Wcale mnie to nie przerażało, a wręcz przeciwnie nawet cieszyło. Jedyne czego się obawiałam to, że na zbiegu gdzieś się poślizgnę i skończy się to nie ciekawie...pisanie czarnych scenariuszy to moja specjalność :D

Trochę technicznych rzeczy. Trasa liczy około 7 km i prowadzi na początku asfaltem, a później leśnymi drogami. Co to jest 7 km pomyślicie! Niby nic, ale kiedy dodamy te wszystkie stromizny wcale nie brzmi to już tak wesoło. Półmetek trasy znajduje się na Miejskiej Górze z Krzyżem Milenijnym. Jak wiecie często bywam tam na rowerze. Zazwyczaj wyjeżdżam drogą krzyżową - w tym przypadku tutaj zbiegaliśmy.


Tuż przed startem :)
Przed godziną 11:00 udałam się z Gosią do biura zawodów odebrać numery startowe i pakiety dla zawodników. Chwila na pogaduchy ze znajomymi i po jakimś czasie zaczęło się niecierpliwe przewracanie nogami żeby już wystartować. Kilka przysiadów i ja już jestem gotowa do biegu...naprawdę nie bierzcie ze mnie przykładu jeśli chodzi o rozgrzewkę.

Tuż przed startem minutą ciszy uczciliśmy pamięć naszych biegowych Przyjaciół. Odliczanie spikera z całym tłumem 10,9,8....emocje sięgają zenitu. I jest! Ruszamy :) Wiedząc co mnie czeka nie chce się dać ponieść emocjom i chce jakoś "spokojnie" realizować swój plan i dotrzeć do mety.


Na odcinku asfaltowym momentami muszę potruchtać, a nawet przemaszerować. Kiedy zaczyna się stromy podbieg...zazwyczaj w moich relacjach możecie poczytać o podjazdach, a nie jakiś podbiegach. Dobra więc ten podbieg to na rowerze go jeszcze nigdy nie pokonałam w całości i nie sądzę żebym tam kiedyś wyjechała - chociaż teraz kiedy to piszę brzmi to dla mnie jak wyzwanie więc kto wie. Kibice na trasie dodają energii do jeszcze bardziej zawziętej walki. Tego wyminę, tamtego wyminę...zaraz oni wymijają mnie i tak na zmianę. W końcu udaję się im uciec! Na Miejskiej Górze kiedy widzę Krzyż Milenijny odczuwam pewien rodzaj ulgi. Głęboki oddech i teraz przecież będzie już tylko z górki. Najgorsze za nami, a może dopiero przed nami?


Jak widać jest ciężko...


Kawałeczek jeszcze pod górę i zaczynamy ostry zbieg. Zaczyna łapać mnie kolka. Można się było tego spodziewać. Momentami zwalniam i daję się wyprzedzić kilku osobom, które minęłam na podbiegu. Staram się o tym nie myśleć i biegnę dalej. 2 km do metą pokonuję z Jarkiem z naszego klubu. To dla mnie zaszczyt biec z osobą, która odnosi tak niesamowite sukcesy na różnych biegach.

Znowu znajdujemy się na asfalcie. Jarek i jakaś dziewczyna biegną już przede mną. Oj nie nie :D Tak się nie będziemy bawić! Wyzwalam w sobie jakąś niesamowitą energię i wyprzedzając wszystkich na koniec w locie przekraczam linie mety! Nie wiem jaki mam czas, ale jestem mega szczęśliwa. Nogi zaczynają się robić jak z waty. Pamiątkowy medal zawisł na dumnie na piersi :D Czekam jeszcze na Gosię, która miała swój debiut w biegu górskim. Później jazda do domu żeby się doprowadzić do porządku i jedziemy na dekorację zawodników.

Meta :)

Trochę statystyk: 
W biegu wystartowało 292 zawodników. W tym 87 kobiet.
Moje miejsce w mojej kategorii  wiekowej to 5 na 14:) W kategorii kobiet szczęśliwe 13, a w open 123. Biorąc pod uwagę fakt moje przygotowania, a raczej ich brak to jestem powiem nie skromnie bardzo zadowolona :) Czas 42 minuty.

W tym biegu o ile się nie mylę wystartowałam po raz 7 :)


Z Asią, która razem z całym sztabem działała w biurze zawodów :)

Limanowa Forrest ma to do siebie, że wyzwala takiego pozytywnego ducha walki :)

Więcej relacji i zdjęć na bieżąco znajdziecie na stronie:
http://www.forrest-limanowa.pl/aktualnosci,386.htmlhttp://www.forrest-limanowa.pl/aktualnosci,386.html

Filmik z podsumowaniem: https://www.youtube.com/watch?v=Mm0Pd6wO5js

Ogromne podziękowania dla wszystkich, którzy włożyli całe serce w organizację tego biegu :)

Koniec pisania...idę pokręcić na rowerze bo jeszcze zostały minimalne zakwasy ;)

Zdjęcie z przymrużeniem oka :D



Pozdrawiam

Kamila :)

czwartek, 30 czerwca 2016

Limanowa z lotu ptaka ;)

Porzuciłam rower, na krótką chwilę... Chciałam się wznieść trochę wyżej :D
Bez zbędnego rozpisywania się podsyłam Wam kilka zdjęć z uroczej Limanowej :)

A teraz idę kibicować !!! ;)








Pozdrawiam
Kamila :)

środa, 22 czerwca 2016

"Randka w ciemno" - czyli nocne enduro na Turbacz i Turbaczyk ;)

Ostatnio jedyną sensowną porą do jazdy wydaje się noc. Owszem są tacy, którzy lubią pokręcić z rana, ale chyba bym musiała wstawać o 3 w nocy żeby to było możliwe, a zresztą jestem śpiochem więc takie coś nie wchodzi za bardzo w grę. Chociaż nie mówię też nie.Dzisiaj z trasy wróciłam o 1 w nocy. Naprawę dobrze przeczytaliście, ale czytajcie dalej :)




Około godziny 20:00 ruszyliśmy w trasę.

Wczoraj po powrocie z pracy zrobiłam sobie "krótką" drzemkę, która przeciągła się do kilku godzin. O godzinie 19:00 ocknęłam się po telefonie od M. z informacją, że mam wychodzić z domu bo czeka... w najszybszym tempie jak tylko się dało zebrałam się na rower :)

Ostatnie widoki zanim zrobiło się ciemno.
Samochodem podjechaliśmy do miejscowości Koninki, a stamtąd na rowerach ruszyliśmy zielonym szlakiem w kierunku szczytu Turbacz (1310m) - jest to najwyższy szczyt Gorców. Pomimo wieczornych godzin upał dawał się jeszcze we znaki. Mieliśmy towarzystwo około setki much i komarów, przed którymi dosłownie uciekaliśmy. Po jakimś czasie moja termika została uregulowana i miałam ochotę jeździć nawet całą noc.

Do góry wychodziliśmy po trasie rowerowej.
Jazda nocą po lesie? Czemu nie? Na urodziny dostałam super prezent :D Czołówkę, ale nie byle jaką ;) Moja wcześniejsza, którą zakładałam na rower była tylko po to żeby być. Światło było minimalne i ledwo co widziałam podczas jazdy. Zresztą o porządnym zamocowaniu do kasku nie było mowy. Teraz noc mogę zamienić w dzień :)  O moim nowym gadżecie będzie w osobnym wpisie.

"I stała się światłość.." :)


Wiecie co to znaczy mieć szczęście? Dojeżdżając już do Schroniska PTTK na Turbaczu pytam M. czy pamięta jak kiedyś podczas biegania załapaliśmy się na ognisko...nie minęło 5 minut jak moje małe marzenie stało się rzeczywistością.  Rozpalone ognisko, sympatyczna atmosfera. Jak tylko dotarliśmy na miejsce zostaliśmy zaproszeni przez Młodzież i Opiekunów z VII Liceum w Krakowie. Dziękujemy za miłe przyjęcie i pozdrawiamy ;)

;)
Mogłabym tam jeszcze posiedzieć tym bardziej, że zaraz znaleźliśmy wspólny język. Niestety czas nas gonił bo przecież rano trzeba wstać i wrócić do swoich obowiązków. Zatankowaliśmy wodę pod schroniskiem i jazda. Noc była tak ciepła, że nawet cienka bluza była zbędna.

Uzupełnienie zapasów wody.

Na szczycie Turbacza chyba jeszcze nigdy nie byłam tak późno ;) Zjeżdżamy czerwonym szlakiem. Dawno mnie tam nie było i trochę się tam pozmieniało. Niestety nie są to zmiany na plus. Belka na belce, a pomiędzy nimi wyłożone kamienie. Czasem to wszystko wygląda lepiej niż chodnik w mieście :/ A przecież nie o to chodzi...M. wspominał Gorce z wcześniejszych lat. Nie miałam okazji tam kręcić kilka lat temu, ale domyślam się, że musiało to być coś naprawdę pięknego.

Na szczycie Turbacza.

Z moim oświetleniem nie mam żadnych zahamowań...i tak mnie w jednym miejscu poniosło, że przeleciałam przez kierownicę. Pomruczałam chwilę pod nosem na tych, którzy zrobili te belki, otrzepałam się i jazda dalej...Załączył mi się agresor :D

Będąc na Turbaczyku (1078m) głowię się nad tym czy już tutaj byłam. Podobno byłam, ale jakoś tego nie zakodowałam w swej głowie ;)

Randka w ciemno :)
Po drodze spotkaliśmy jeża i ropuchę ;) Na parking dotarliśmy o północy...można powiedzieć, że "poniósł nas melanż"! Trasa liczyła około 21 km.

Buzi? :D

Jazda nocą jak dla mnie zdecydowanie na plus :) A Wy jak sobie radzicie przy takich upałach? ;)

Pozdrawiam
Kamila :)