wtorek, 19 czerwca 2018

XV Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy Kierat 2018

Emocje po maratonie Kierat już opadły i znowu musimy czekać kolejny rok.

Co to jest ten Kierat? Pisałam już o tym na blogu wielokrotnie, ale dla niewtajemniczonych mała ściągawka:


Trasa: Beskid Wyspowy, Beskid Makowski
Długość: 100 km non stop
Limit czasu: 30 godzin
Suma podejść: 4000 m

To tak w wielkim skrócie. Zapraszam na moją relację :)
Niektórzy ludzie z niecierpliwością oczekują na Sylwester i na to co przyniesie Nowy Rok. W naszym domu rok jest liczony od Kieratu do Kieratu. Już od kilku miesięcy wcześniej dało się słyszeć pytania z otoczenia "Idziesz na Kierat?".


Plan mojego Męża na rok 2018: pokonać trasę 100 km w czasie poniżej 20 godzin.

Mój plan: wystartować!

Dawniej zastanawiałam się ile kilometrów uda mi się pokonać. Tym razem moją głowę zaprzątała myśl czy uda mi wystartować? Największym pytajnikiem było dla mnie kto zostanie wtedy z dzieckiem. Na szczęście Babcia, Dziadek i Ciocia przejęli moje małe szczęście i mogłam ruszyć.



Jedziemy odebrać pakiety startowe.
"Dziadek Kierat" czyli Pan Andrzej Sochoń - budowniczy trasy i sędzia główny maratonu Kierat.

W piątek tuż po godzinie 11:00 pojechaliśmy do biura zawodów w Słopnicach. Czas na otwarcie spędziłam na pogaduchach to tu to tam, a  M. niecierpliwie czekał, aż zobaczy mapę. O godzinie 12:00 biuro zostaje otwarte. Wchodzimy jako jedni z pierwszych, a tuż za nami zdążyła się utworzyć długa kolejka oczekujących.

Ku radości M. trasa przebiega mniej więcej tak jak przypuszczał i tam gdzie trenował. Ja w tym roku nie obstawiałam nic - moimi jedynymi "treningami" były codzienne spacery z wózkiem i kilka wycieczek rowerowych. 
Pakowanie na Kierat? Dwie godziny przed startem zaczęłam upychać wszystkie rzeczy do plecaka. Oczywiście jak co roku okazało się, że jest tego za dużo i musiałam zabrać większy plecak. Wychodzę z założenia, że lepiej jest mieć swobodny dostęp do rzeczy niż za każdym razem wszystko wypakowywać z mniejszego.


Po 17:00 wyjeżdżamy z domu. Buziak dla Misia i w drogę - to była pierwsza noc gdzie został beze mnie. Oczywiście ja to bardziej przeżywałam bo przecież on się świetnie bawił :). 
Przed startem nastąpiła odprawa techniczna i można było ruszać w drogę. W tym roku oboje z M. startowaliśmy, ale nie razem co dla niektórych osób było sporym zaskoczeniem bo jak to tak.

W oczekuwaniu na start :)
M. ruszył biegiem, a ja z Koleżankami Kingą i Gosią znacznie spokojniejszym tempem. Do punku pierwszego idziemy bez błędnie - za bardzo nie ma możliwosći żeby się zgubić bo idzie około 700 osób więc ktoś gdzieś zawsze się przewija.



Po jakimś czasie pierwszy punkt zaliczony. Zdążyłam się już trochę rozgrzać więc idzie się znacznie lepiej. Ludzi też jakby coraz mniej.




Do punktu drugiego idziemy praktycznie cały czas same. W pewnym momencie jakby z czterech stron świata zeszli się ludzie. Co się okazuje? Wszyscy pobłądzili. Zaczęło się intensywne dumanie. My stwierdzamy, że odbijamy w krzaki i na przełaj. Po chwili udaje nam się znaleźć właściwą drogę. Dumne jak paw idziemy dalej. Trzeci punkt po wielu trudnościach w końcu odnaleziony.



W drodze na 2 punkt.



Kiedy znajdujemy się na trzecim punkcie jest dokładnie północ. Zakładam bluzę bo zaczyna mi się robić chłodno...zaraz jednak emocje mnie rozgrzeją. Idę trasą, którą wyznaczył mi M. W pewnym momencie docieramy do takiego miejsca, że ktoś o zdrowych zmysłach nawet nie pomyślałby, że tam jest jakaś ścieżka. Dzwonię do M., ale oczywiście jego telefon jest wyciszony. Wybieram więc nr do Asi żeby zapytać czy przechodzili przez takie zarośnięte coś. Odpowiedź brzmi tak więc już bez chwili zastanowienia można ruszać. Po drodze towarzyszy nam Pan Janusz, z którym później będziemy się mijać co jakiś czas na trasie.


Po wielu trudach 3 punkt zdobyty.
W drodze na 4 punkt Gosia podejmuje decyzje, że jednak schodzi z trasy bo niedawna kontuzja kolana postanowiła się odezwać. Wiecie co? Szacun dla niej! W tamtym roku przejechała trasę Kieratu na rowerze. Teraz też miała startować, ale towarzysz wycieczki się wycofał więc zdecydowała, że idzie razem z nami na nogach. Wróciła z pracy i w ciągu 20 minut już była gotowa do wyjścia. I niech ktoś powie, że kobiety to słaba płeć...

Czwarty punkt czyli Baza Szkoleniowo - Wypoczynkowa "Lugoboszcz" zostaje zdobyta. Razem z Kingą robimy sobie tutaj dłuższą przerwę. Ta dłuższa przerwa to z mojego powodu. I tutaj muszę się do czegoś przyznać. Korzystałam z pomocy osób trzecich co jest absolutnie zabronione. W bazie na Lugoboszczy czekał na mnie pewien tajemniczy pakunek, a mianowicie mój przyjaciel laktator. Siedząc i zajadając bułki okazało się, że zgubiłyśmy po drodze papierową mapę, a Gosia jak schodziła do drogi głównej to ją znalazła. Bierzemy mapę od sędziów i robimy zdjęcia telefonem. Kingę dopada mały kryzys spowodowany brakiem snu, a we mnie budzi się wola walki choćby nie wiem co. Pocieszam ją, że zaraz będzie jasno to i myślenie wróci. I miałam rację.


Z bazy Lugoboszcz wychodzimy w towarzystwie trzech chłopaków. Zawsze to raźniej. Okazuje się, że są z Nowego Sącza! W końcu ktoś miejscowy bo tak to sama Warszawa, Poznań, Gdańsk itd. Szybko łapiemy wspólny temat jakim są rowery.


Idziemy do punktu piątego czyli do słynnej góry Szczebel gdzie nachylenie potrafi wynosić nawet 45 stopni. Moje pierwsze spotkanie z tą górą było jakieś 8 lat temu kiedy na Kieracie w nocy dosłownie się tam czołgałam. Moje łzy mieszały się wtedy ze spadającym deszczem.


Zawsze to  ktoś nawigował na Kieracie. Tym razem była to moja rola. Chyba to mnie "trzymało przy życiu" bo nie miałam żadnego kryzysu. Po prostu czułam się za coś odpowiedzialna. Na Szczebel idziemy praktycznie bezbłędnie. Droga co prawda trochę się dłuży, ale o dziwo mam tyle siły, że mogłabym biec. 
Około godziny 5 rano zdobywamy 5 punkt. W tym miejscu nie opłaca się nawet rezygnować bo i tak trzeba zejść jeszcze sporo km do głównej drogi. Więc trzeba iść dalej. Razem z Kingą ruszamy żeby nie tracić czasu, a pozostali jeszcze zostają. Po chwili i tak spotykamy się w jednym miejscu bo miałam chwilowe zaćmienie i zaczęłam schodzić złą drogą.


Na szczycie góry Szczebel.









Droga ze Szczebla nie była usłana różami. Raczej powiedziałabym, że kamieniami i głazami. Kinga zaczyna zastanawiać się nad rezygnacją...czas nas trochę zaczyna gonić i patrzymy, o której będzie zamknięty następny punkt. Przeliczając okazuje się, że czasu nie mamy za wiele. K oraz napotkana ponownie ekipa z Sącza się wycofuje. Pytam jeszcze czy ktoś nie ma ochoty iść dalej, ale wszyscy kategorycznie odmawiają. Co ze mną? Podejmuję taką decyzję, że chyba sama po sobie się tego nie spodziewałam. Idę dalej. Sama ze swoimi myślami. Uwierzcie mi, że w środku to się we mnie gotowało. Miałam trzymać się linii, którą wyznaczył mi M., a za nic nie mogłam znaleźć żadnej ścieżki. W końcu ruszyłam na przełaj. Byłam tylko ja i las. Żałowałam, że M, nie może mnie zobaczyć w akcji bo pewnie byłby dumny. Nie oszukujmy się, ale nawigacja na Kieracie to podstawa. Do tej pory to zawsze ktoś nawigował więc Kamilka sobie szła spokojnie nie przejmując się niczym. Kiedy znalazłam się na właściwej trasie poczułam ulgę. Zaczęłam biec żeby nadrobić stracony czas. Musiałam zadzwonić do Sędziego, że spóźnię się trochę - bo jeśli by zamknęli punk, a ja nie podbiłabym karty to mój wysiłek poszedłby na marne.


W jeszcze jednym miejscu trochę błądziłam w trawach i pokrzywach sięgających po ramiona. W końcu udaje się zejść do drogi. Przecinam ją pod wiaduktem i dalej już bezbłędnie do celu. Robienie zdjęć było ostatnią rzeczą o jakiej wtedy myślałam więc musicie użyć wyobraźni.



Widząc ten most wiedziałam, że jestem "uratowana"


Na punkcie 6 sędziowie dostrzegają mnie już z daleka. Wiedzą, że to właśnie na mnie jeszcze czekają. Z punktu nr 6 zabieram się w towarzystwie Angeliki i Piotrka, którzy mieli już pokonanych trochę nadprogramowych kilometrów na tzw. błądzenie :D. Idziemy opowiadając wrażenia z trasy. Takie gadanie na trasie jest niebezpieczne bo w pewnym momencie poszliśmy za daleko i bez potrzeby zrobiliśmy na mapie takiego zygzaka, a wystarczyło myśleć i iść prosto. W jednym miejscu trochę błądzimy. Emocje już sięgają zenitu ponieważ każdy jest zmęczony. Stwierdzam, że niech się dzieje co chce biegnę znowu sama na przełaj. Dobiegam do rzeki i tam przechodzę przez chwiejącą się kładkę modląc się żeby nie wpaść do rzeki. Dobiegam do szkoły w miejscowości Krzczonów. Karta podbita. Na mecie ku mojej radości znajduje się Pan Andrzej Sochoń - budowniczy całej trasy.





Na 50 km czyli półmetku trasy kończę swój tegoroczny Kierat 2018. Niestety czas nie pozwala na to żeby iść dalej ponieważ nie zdążyłabym już na kolejne punkty. W tym roku pogoda była wymarzona i żałuję, że nie pokonałam 100 km. Ten Kierat nauczył mnie wiele. Przede wszystkim tego, że powinnam bardziej sobie ufać i w siebie uwierzyć.



Na punkcie 7 czyli mojej mecie :)
Jak wróciłam z Kieratu?

Zakończyłam w miejscowości Krzczonów czyli jakieś 50 km od Limanowej. Dzwonić po kogoś i zawracać głowę w sobotę trochę mi nie pasowało. Postanowiłam więc złapać stopa. Sprawa nie była taka prosta bo o wiele łatwiej jest złapać kiedy masz na sobie sukienkę i pięknie rozwiane włosy. Na szczęście urok osobisty zadziałał i za chwilę jechałam do miejscowości Lubień. Od słowa do słowa okazało się, że jadę z Panem, którego pasją jest rower, a żeby było śmieszniej to jeździ w tym samym klubie co ja. I niech mi ktoś powie, że świat nie jest mały. Później jeszcze dwóch kierowców i na koniec z Kolegą dotarłam do bazy w Słopnicach. Na mecie był już mój Mąż oraz Asia.


Spędziliśmy praktycznie tyle samo czasu na trasie z taką małą różnicą, że ja zrobiłam 50 km, a oni 100 km :). W szkole zjedliśmy pierwszy ciepły posiłek od X czasu. Następnie jazda do domu bo już umierałam z tęsknoty za Misiem :)


Szybka kąpiel żeby zmyć z siebie cały wysiłek Kieratu i w końcu mogłam przytulić Michałka. Spałam jak zabita, a kiedy się ocknęłam to musiałam spojrzeć na kalendarz żeby zobaczyć czy to jest jeszcze dzisiaj czy może nastał już nowy dzień.





W niedzielę pojechaliśmy na uroczyste zakończenie. Każdy z uczestników dostał dyplom i pamiątkowy medal. I to nie byle jaki - jest piękny! Następnie odbyło się losowanie nagród z nr startowych - oboje mieliśmy szczęście i coś wylosowaliśmy. Z racji, że był to już XV Kierat to nie mogło zabraknąć pysznego tortu. I tak oto kolejny Kierat przeszedł do histori zostawiając wiele wspomnień.



W kategorii mężczyzn pierwsze miejsce zdobył Maciej Więcek. 100 km pokonał w czasie 13 godzin 19 minut. Jako ciekawostkę dodam, że mijaliśmy się jak byłam na 4 punkcie. Myślicie, że jestem taka szybka? Nie. To on jest taki szybki! Punkt 4 i 11 był po prostu w tym samym miejscu.  W kategorii kobiet pierwsze miejsce zajęła Urszula Zimny.



Ogromne gratulacje i podziękowania należą się dla Organizatorów!

Jeżeli chcecie przekonać się na własnej skórze jak to jest to już dzisiaj Was zachęcam do przyjrzeniu się z bliska temu tematowi. Żeby później nie było, że za późno powiedziałam :D Macie prawie rok na trening :)

Mariusz w kategorii open był 38, a w kategorii mężczyzn 35. 

Moje miejsce open 501, a w kategorii kobiet 69. Dodam, że jako ostatnia zawodniczka odwiedziłam półmetek :D.

Polecam również moje wcześniejsze relacje :)

Kierat 2017: http://camilla14a.blogspot.com/2017/06/xiv-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html


Kierat 2015: http://camilla14a.blogspot.com/2015/05/xii-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html


Kierat 2014: http://camilla14a.blogspot.com/2014/05/xi-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html


Kieratów w moim życiu było chyba 8, ale wtedy jeszcze nie istniał blog ;) Myślę, że osoby, które będą startować po raz pierwszy znajdą w tych wpisach garść wskazówek. A jeśli macie jakieś pytania to zawsze służę pomocą.




Pozdrawiam

Kamila :)

piątek, 8 czerwca 2018

Puchar Tarnowa 2018

W niedzielę 22 kwietnia pojechałam na Puchar Tarnowa. Są to wyścigi rowerowe MTB w konkurencji cross-country (XC). Już dzień wcześniej przygotowałam rzeczy, które mam zabrać. Oprócz roweru równolegle musiał być wózek. Moje bidony, Misia butelki... Musiałam być przygotowana na każdą możliwą sytuacje. 


"Misio poczekaj mama zaraz wróci!" :D

Na miejsce dotarliśmy tuż po godzinie 9. Szybkim krokiem udałam się do biura zawodów żeby odebrać numer startowy. Oczekując w kolejce cała drżałam z zimna, a może jednak z nerwów? Przecież Tarnów to polski biegun ciepła.


Mój numer to 77. Zanim ruszyłam na trasę żeby się z nią zapoznać trzeba było jeszcze uspokoić Misia. Udało sie! Zmykam. Trasa przebiega mniej więcej albo nawet tak samo jak w poprzednich latach. Tam jest tyle zawijasów, że naprawdę cieżko to zapamiętać.


Przebieg trasy.

Ledwo skończyłam trening i już po 5 minutach o równej godzinie 10:00 startuję. Lasek Lipie, w którym odbywały się zawody ma to do siebie, że już od samego początku trzeba jechać na pełnych obrotach żeby wbić się w dobre miejsce. Ścieżki momentami są bardzo wąskie więc później trudno jest wyprzedzać. Na trasie jest trochę tłoczno bo startują wszystkie dziewczyny, z różnych kategori wiekowych.



Fot. B.Banaś


Fot. A.Winczura

Kiedy znalazłam się na trasie liczył się już dla mnie tylko rower i nic wiecej. Zupełnie inny świat. Oczywiście jechałam najlepiej jak tylko się dało. Moja kategoria czyli kobiety elita miały do pokonania 3 okrążenia, a młodsze 2. Pierwsze okrążenie jak zawsze jest dla mnie najgorsze bo nie jestem w stanie złapać tchu... tak wszystkie pędzą. Drugie i trzecie pokonuje już na spokojnie w swoim tempie. Jechałam najlepiej jak tylko mogłam, ale nie oszukujmy się, że forma już trochę inna - trzeba nad nią popracować.

Zajęłam pierwsze miejsce od końca czyli piąte! Patrząc jednak na czas jaki miałam stwierdzam, że nie jest tak źle. Pamiętając siebie sprzed lat to taka sytuacja pewnie by dla mnie nie była wesoła,  ale teraz naprawdę podeszłam do tego na luzie. Nie jechałam dla wyniku tylko dla zabawy! Haha, a tak serio to liczłam na puchar :D.

Na mecie czekał na mnie Mąż. 

A gdzie w tym czasie był Misiek? Otóż spacerował z moją Koleżanką :)


:)


Matka po zawodach to dziecko w końcu może zjeść :D


Wyniki.

Później odbyły się wyścigi w pozostałych kategorii wiekowych. Trochę poczekaliśmy i około godziny 15:00 nastąpiła dekoracja najlepszych zawodników. Otrzymałam dyplom i zdobyłam 16 punktów do klasyfikacji generalnej. Można było wracać do domu. Po drodze byłam tak zmęczona, że zaraz zmógł mnie sen - obudziłam się już pod domem. 


Michałek skradł serca dziewczyn :D
Już jutro w sobotę odbędzie się kolejna edycja Pucharu Tarnowa w miejscowości Zbylitkowska Góra - tam jeszcze nigdy nie startowałam więc nie mogę doczekać jaka będzie trasa. Trzymajcie mocno kciuki!

Jeżeli ktoś z Was ma ochotę wystartować w Pucharze Tarnowa to jeszcze nic straconego. Kolejna edycja odbędzie się 26 sierpnia w Tarnowie. Więcej informacji znajdziecie na stronie: http://puchartarnowamtb.pl/

Pozdrawiam
Kamila :)

piątek, 1 czerwca 2018

"Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat" - o byciu aktywną mamą :)

Kiedy kilka lat temu oczekiwałam na start w zawodach pamiętam jak wszyscy dookoła wyrażali swój podziw dla Koleżanki, która urodziła dziecko i zaraz wróciła do jazdy - w dodatku na najwyższym poziomie. Wtedy myślałam sobie też mi wielka rzecz...urodziła dziecko to pewnie był czas żeby dojść do siebie. Nie przewidziałam wtedy innych rzeczy, które są, a zupełnie się o nich nie mówi. 

Pomysł na ten wpis chodził mi po głowie już od dawna, ale jakoś ciągle nie mogłam znaleźć czasu. Dzisiaj jednak byłam tak zdeterminowana żeby go napisać, że postanowiłam zabrać kartkę i długopis i zacząć pisać główne myśli na ławce w parku. Skończyło się na tym, że nagle wszystkie matki się spotkały i można było zapomnieć o pisaniu. Są to moje obserwacje z kilku miesięcy. Być może dla kogoś będzie to kontrowersyjne co napiszę, ale napiszę bo taka jest rzeczywistość. 


Kiedy dotarło do mnie, że jestem w ciąży moje życie zdecydowanie uległo zmianie. Do tej pory w głównej mierze opierało się na dwóch kółkach. Wycieczki rowerowe, zawody - to wszystko musiało zejść na dalszy plan. Z automatu ja też zeszłam gdzieś na bok. Telefon umilkł bo przecież logiczne, że nikt nie będzie pytał ciężarnej czy idzie na rower albo w góry. Jak tylko urodzę to ja Wam wszystkim pokażę - tak sobie myślałam :)





Wyobrażenia kontra rzeczywistość!

Zanim jeszcze urodziłam Michałka myślałam, że skończy się okres połogu i hop na rower. Nic bardziej mylnego! Było tyle rzeczy, o których tak naprawdę na co dzień się nie mówi. Kiedy jest się w ciąży wszyscy wręcz chuhają i dmuchają żeby matce i dziecku nic się nie stało. Jeżeli tylko jakieś badanie wyszło trochę gorzej to od razu witaminy itd. W momencie kiedy rodzisz liczy się już tylko dziecko. Absolutnie nie mam o to pretensji, ale efekt baby blues, który dopada nawet od 50-80% kobiet potrafi nieźle zamieszać. Kiedy kobieta urodzi dziecko absolutnie wszyscy zachwycają się małym brzdącem, ale czy ktoś pomyślał jak czuje się kobieta? 


Karmienie

Temat numer jeden wśród mam i nie tylko. Po prostu każdego interesuje to w jaki sposób karmisz. Na zdjęciach wygląda to cudownie - mały słodziak przytulony do mamy i ta więź, która między nimi jest budowana. Szczerze jak na to patrzyłam to zazdrościłam. Na początku karmiłam tylko piersią, a później zakupiłam laktator i w tamtym momencie odżyłam psychicznie. Z czasem doszło do tego sztuczne mleko. W końcu mogłam gdzieś wyjść z domu i nie martwić się, że zaraz mam wracać bo dziecko jest głodne.  Przez chwilę czułam się wyrodną matką bo z każdej strony jest taka nagonka na wyłączne karmienie piersią. Nie mogę tylko pojąć dlaczego tępi się matki, które wybrały inny sposób? Przecież żadna nie chce dla swojego dziecka źle. Na plakatach promujących karmienie piersią możemy spotkać się z wyniosłymi hasłami typu jakie ważne jest wsparcie otoczenia. Dobre sobie - do dzisiaj pamiętam uwagę jednej z pielęgniarek kiedy nie potrafiłam przystawić dziecka do piersi: "A do szkoły rodzenia pani nie chodziła?", a co  lalkę miałam sobie przystawić? Osoby, które z założenia mają wspierać potrafią jednym złym słowem zrazić. Nie zliczę ile razy po prostu beczałam z bólu bo wiedziałam, że zaraz będę karmić. W tym momencie wszystko się unormowało i jest to czas, który spędzamy z przyjemnością. Nie jestem jednak na tyle odważna żeby w miejscach publicznych karmić piersią - nawet bym pewnie tak nie potrafiła dlatego szacunek dla wszystkich karmiących mam.


Zanim wyruszę w trasę trzeba nakarmić małego Ssaka :)

Pamiętacie te prześmiewcze hasła z brukowców typu: "Nie śpię bo trzymam kredens"  Ja nie śpię bo trzymam laktator! 

"Co u Ciebie słychać?
Laktator... "

Genialne urządzenie. Pewnie niektórzy z Was zastanawiają się co ma blog rowerowy do tego wszystkiego! A no ma i to wiele. Pamiętam jeden z komentarzy na blogu, w którym to mężczyzna życzył mi wytrwałości i wspominał o problemach laktacyjnych żony. Ej, ale o co chodzi? O czym on do mnie pisze! Wkrótce się o tym przekonałam :)

Teraz kiedy chce wyjść na rower to nie jest dla mnie takie hop siup, że tylko napełnię bidon z wodą i jazda. W tym momencie muszę usiąść przy laktatorze żeby po ludzku rzecz ujmując opróżnić piersi. Jazda z takim "obciążeniem" sprawia ogromny dyskomfort. Jak tylko wracam do domu po dłuższej wyprawie rowerowej to od razu swoje kroki kieruję pod prysznic, a następnie karmienie małego Głodomorka :).

Mój trening przed zawodami? W kwietniu po raz pierwszy w tym sezonie startowałam w zawodach MTB. Postanowiłam więc, że pasuje ostro potrenować. Szybka jazda pod górę, a następnie w dół...i ta myśl po drodze żeby założyć jeszcze kurtkę dla bezpieczeństwa - przed czym? Już odpowiadam. Otóż zapalenie piersi...coś tam gdzieś się obiło o uszy, ale nie zdawałam sobie sprawy z jakim bólem się to wiąże. Jako, że przechodziłam przez to już po raz drugi to wiedziałam jak sobie z tym poradzić.  Następna jazda odbyła się już na żywo na zawodach bo do tego czasu niestety nie mogłam wsiąść na rower Jako, że urodziłam dziecko w styczniu to pogoda też nie sprzyjała więc powrót na rower automatycznie przesunął się w czasie. Oczywiście hasło znane wśród rowerzystów "Nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani ludzie" mogłam sobie włożyć między bajki bo musiałam uważać żeby nie złapać ww. zapalenia. Możecie się śmiać, ale kiedy jechałam na zawody to musiałam cały sprzęt zabrać ze sobą żeby po drodze w samcohodzie ogarnąć to i owo. Dobrze, że ten laktator jest na kabelek do gniazdka jak i  na baterię. 



Moje największe trofeum ;)

Kręgosłup


Na wizycie u lekarza specjalisty na pytanie jak samopoczucie odpowiedziałam, że w porządku tylko kręgosłup daje mi się we znaki. Co usłyszałam? Pewnie wychodzi brak sportu w życiu...w duchu się zaśmiałam bo o ironio prawie całe moje życie jak sięgam pamięcią to sport w mniejszym lub większym stopniu. Bądź co bądź pod koniec ciąży miałam co dźwigać. Teraz zresztą też :D. Od mojej początkowej wagi przybyło 20 kg :D "O matko tyle przytyłaś w ciąży?" dało się słyszeć oburzenie. Owszem tyle przytyłam, ale cieszę się bo już praktycznie wróciłam do swojej wagi sprzed ciąży. Ale serio czy to jest najważniejsze? Gdybym może nie jadła tyle słodyczy co jem to już bym dawno była fit, ale spokojnie. Na wszystko przyjdzie czas :). 


Czas

Nie przypuszczałam, że bycie matką tak mnie zmieni. Dawniej większość rzeczy widziałam przez pryzmat dwóch kółek. Teraz na pierwszym miejscu oczywiście jest Michałek. Z racji, że mój Mąż pracuje 24 godziny na dobę, a jak już jest w domu to i tak ma ręce pełne roboty to kiedy pojawia się opcja, że możemy spędzić czas razem to chyba oczywiste jest co wybiorę. Tyle, że na dłuższą metę każdy potrzebuje jakiejś odmiany i jak tylko jest możliwość to idę na rower, ale nie odczuwam takiej presji, że muszę bo inaczej coś mnie trafi. Jak już się wyrwę i poczuję smak wolności to i tak przez głowę przechodzi myśl co robi Misio. Może by tak skrócić trasę bo tęsknię? 
Takie błędne koło :) 

Gdy przeglądam różne blogi i widzę idealne poukładane życie gdzie jest czas na wszystko to zastanawiam się ile w tym wszystkim jest prawdy. A może to tylko ja jestem taka nieogarnięta i nie potrafię zapanować nad wszystkim!  


Dzień tylko dla mnie :)


Tata na rowerze, a ja z wózkiem :)


Dziecko

"Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat" Tak sobie dzisiaj o tym pomyślałam, że coś w tym cytacie jest. Śmieje się  - Twój świat! Gdy patrzę na Misia nie mogę wyjść z zachwytu, że on we mnie się rozwijał. Po prostu mój mały wielki cud. Być może zabrzmi banalnie, ale najlepsza rola jaka mi się w życiu trafiła to bycie matką. Początki mojego macierzyństwa nie były jakieś kolorowe bo wszystko było dla mnie całkowitą nowością, ale teraz cieszymy się każdym dniem razem. 

Mój pierwszy Dzień Matki spędziłam na Ekstremalnym Maratonie Pieszym Kierat. Obiecałam sobie, że dla Niego przejdę 50 km żeby był dumny z matki ;)


Jeżeli spacery z wózkiem można uznać za trening to trenowałam codziennie :)

Życzenia :)


Wiem, że wśród moich czytelniczek jest dużo Mam :) Chciałabym Wam życzyć wielu chwil radości, aby każdy dzień był dla Was przygodą i powodem do dumy. Realizujcie się w byciu Mamą, ale nie zapominajcie w tym wszystkim o sobie!

Wszystkim Dzieciom życzę, aby ich dzieciństwo było jak najlepsze i aby trwało jak najdłużej! 

P.S. Jeżeli dotrwaliście do samego końca to mimo wszystkich trudności nie zrażajcie się bo dziecko wszystko wynagrodzi :)

wtorek, 15 maja 2018

Enduro na pełnym wypasie czyli trasy rowerowe w Lechnicy!

W sobotę razem z ekipą kolegów pojechałam do miejscowości Lechnica na Słowacji. Jest to wieś pomiędzy Czerwonym Klasztorem, a Starą Wsią Spiską. Wyjechaliśmy tuż po godzinie 12:00 - na szczęście dzień jest bardzo długi więc nie miało to jakiegoś większego znaczenia. 



Naszym celem są trasy enduro w Lechnicy. Byłam tutaj rok wcześniej i z tego co pamiętałam to miejscami były jeszcze powalone drzewa więc nie było takiej płynności jazdy. Obecnie są tam przygotowane dwie trasy enduro. Na początku jedziemy szutrową drogą, a po jakiś 15 minutach docieramy do miejca skąd można wybrać jedną z nich - Griftof lub Spica.



Na pierwszy strzał wybieramy GRIFTOF. Pod górę jadziemy z napotkaną ekipą G3Riders więc jest raźniej. Trasa przebiega tak spokojnie pośród lasu, że każdy tutaj da radę. 



Na szczycie chwilę odpoczywamy i przygotowywujemy się do zjazdu. Ustalamy w jakiej kolejności ruszamy żeby później każdy zachował odpowiedni odstęp. 


Jak tylko jadę w dół to pojawia się u mnie tradycyjnie uśmiech od ucha do ucha :D



Widoki i ta zieleń zwalają z nóg, a w tym przypadku z roweru. Osoby, które budowały tą trasę musiały włożyć w to wszystko niesamowicie dużo wysiłku i przede wszystkim serca.



Jeden zjazd za nami. Każdy wymienia się spostrzeżeniami i kręcimy w górę jeszcze raz.



Zjazd Griftof na początku wiedzie przez las. Jest tu mnóstwo zakrętów i agrafek. 


Po wyjechaniu na polanę zaczynają ukazywać się coraz to lepsze widoki. 




Zatrzymujemy się na chwilę i podziwiamy panoramę dookoła. 



Oczywiście główną rolę odgrywają tutaj słynne Trzy Korony - najwyższy szczyt Pienin Środkowych.




Po dwóch zjazdach następuje zmiana. Kolejna trasa to SPICA. Tutaj podjazd jest znacznie szybszy, ale też wymagający większego wysiłku. 



Jeżeli chodzi o trasy to Griftof jest fajniejszy pod względem technicznym od Spicy. Natomiast jeśli chodzi o widoki to Spica wygrywa. Zresztą sami zobaczcie na zdjęciach, a najlepiej to wybierzcie się tam osobiście.




Ekipa konkretna, ale i tak brakowało tu mojego Rowerzysty. Ktoś jednak musiał pilnować Michałka ;). Ciekawe kiedy będziemy kręcić razem.



W dolnych częściach trasy napotykamy wypasające się krowy i właśnie wtedy gdy zjeżdżałam w dół pojawił się pomysł, że wpis będzie mieć tytuł "Enduro na pełnym wypasie". Oczy trzeba było mieć szeroko otwarte żeby nie trafić na jakieś nie miłe niespodzianki w postaci "placków". 



Na koniec miało być ognisko, ale czas nas trochę gonił i trzeba było z tego pomysłu zrezygnować. Kiedy dotarłam na parking gdzie mieliśmy zostawione samochody trwała ożywiona dyskusja kolegów na temat tego kto w co wjechał :D Chyba jako jedyna nie zważałam na to uwagi i po prostu cieszyłam się, że mogłam spędzić ten dzień na rowerze.



Kiedy tylko wsiadam  na rower czuję się całkowicie wolna. W momencie gdy przekraczam próg domu tryb matka odpala się automatycznie. Byłam tak stęskniona za Misiem, że nawet jakby spał to bym go obudziła :D  

Jeżeli tylko szukacie pomysłu na to jak spędzić dzień to chyba już wiecie jaki wybrać kierunek! Na pewno nie pożałujecie!

Więcej informacji na temat tras znajdziecie na FB na stronie
Singletrails Lechnica


Zapraszam jeszcze na wpis z mojego wcześniejszego wypadu: 
Trance Elegance czyli Enduro w Lechnicy

Pozdrawiam
Kamila :)