środa, 17 sierpnia 2016

Wariacje na temat Pasma Policy w Beskidzie Żywieckim :)


Jakiś czas temu tzn. dawno temu razem z ekipą wybraliśmy się na podbój Beskidu Żywieckiego.

Dzień wcześniej w sobotę startowałam w maratonie MTB. Kiedy go ukończyłam pomyślałam jak ja dam radę jechać w niedziele ponieważ zmęczenie dawało się we znaki. Moje niektóre marzenie nie są zbyt wygórowane...wrócić z zawodów, wykąpać się, wypić zupę chmielową i odpocząć...A jak to wygląda w rzeczywistości? Wracam, szybka kąpiel i jazda na rowerze do pracy.

Po nocce na samą myśl, że mam jechać chciało mi się płakać z bezsilności. Z drugiej strony wiedziałam, że jak nie pojadę to zmarnuje cały dzień i sobie tego nie daruję.
Koniec tego przydługiego wstępu :D Przechodzimy do trasy...

Tuż po godzinie 07:00 wyjechaliśmy z Limanowej. Ekipa zebrała się dosyć spora bo jak tylko usłyszeli, że jedziemy z M. to nie trzeba było nawet nikogo namawiać.


Panowie nadają dosyć szybkie tempo :)
Dotarliśmy do miejscowości Zawoja, która położona jest u stóp Babiej Góry. Jest jedną z najdłuższych wsi w Polsce - liczy 18 km długości. W Zawoi znajduje się wiele stacji narciarskich. Największą popularnością odznacza się ośrodek narciarski Mosorny Groń - zachwyty nad tym miejscem będą w dalszej części wpisu.


Widoki w drodze na Mosorny Groń.
Z parkingu gdzie zostawiliśmy samochody prosto z ulicy trafiliśmy na żółty szlak...jak to zdanie brzmi :D Od razu zaczęła się ostra wspinaczka. Plecak ciężki bo jeszcze nic nie zdążyło z niego ubyć. Pogoda na rower wręcz idealna.


W tle Babia Góra.
Nie wiem nawet kiedy zdobywamy pierwszy szczyt - Mosorny Groń (1047m). Panowie od samego początku nadają mocne tempo. Zero postojów i przerw na jedzenie...a przecież M. zrobił tyle kanapek, że dla wszystkich starczyło i po co to dźwigać? Na szczycie chwila na podziwianie widoków i ruszamy w dalszą drogę. Już kiedyś tutaj byłam więc trasa była mi znana.



Mosorny Groń oprócz pięknych widoków na Babią Górę może poszczycić się stacją narciarską. Do zimy i do jazdy na nartach jeszcze daleko, ale na rower zawsze jest pora. Znajduje się tutaj Bike Park. Od naszej ostatniej wizyty w tym miejscu zmiany zaszły niesamowite. Jedziesz i banan z twarzy nie schodzi :D


Górna stacja wyciągu narciarskiego.

Dalej jedziemy szlakiem na Cyl na Hali Śmietanowej (1298m). Borówki po drodze skutecznie mnie spowalniają :D Są  tak ogromne, że aż same się proszę żeby je zerwać ;)


Mniaaaaam :D
Korzenie, które widzicie na zdjęciu są czymś naprawdę pięknym. Dlaczego tak się nimi zachwycam? Otóż ostatnio ciężki sprzęt wjechał na szlaki w Beskidzie Sądeckim tym samym niszcząc jedną z ciekawszych tras gdzie naprawdę można było poćwiczyć swoje umiejętności...




Cyl Hali Śmietanowej zdobyty ;) Rowery zostały na chwile porzucone, a my zajęliśmy się zajadaniem borówek dopóki nie nabraliśmy fioletowych barw :D



Przed nami pierwszy konkretny zjazd. Pamiętam, że kiedyś tam musiałam sprowadzić rower. Myślałam sobie, że jeżeli miałabym lepszy sprzęt i więcej skoku z przodu to pewnie bym tam zjechała. Nic bardziej mylnego! Sprzętu nie zmieniłam, ale za to podniosłam swoje umiejętności i zjechałam wszystko płynnie ;) Jak teraz sobie o tym zjeździe przypominam to pisząc to mimowolnie się uśmiecham.


Jest zabawa :)

Długi singiel przez las. Czy dla rowerzysty może byś coś piękniejszego? Takie małe ostrzeżenie: jak jedziecie to patrzcie przed siebie, a nie tak jak ja na każdą stronę ochy i achy jakie piękne widoki do momentu jak nie wjechałam w jakąś ogromną dziurę przy skarpie. Zaśmiałam się sama z siebie i ruszyłam dalej do miejsca gdzie warto uzupełnić zapasy wody.





Następnie docieramy do Schroniska na Hali Krupowej, które znajduje się na południowy zachód od Kucałowej Przełęczy, na polanie Sidzińskie Pasionki, na wysokości 1152 m. Wbrew nazwie nie leży ono na Hali Krupowej. Turystów w tym dniu było sporo więc i kolejki do bufetu tez się wydłużały. Pojedzeni to można jechać dalej!



Były zjazdy to teraz czas na jakieś podjazdy. Kolejny szczyt na dzisiaj to Polica (1369 m).




Najlepsza perspektywa :)



Znajduję się tutaj pomnik upamiętniający katastrofę lotniczą. 2 kwietnia 1969 w katastrofie rozbił się samolot An -24 SP-LTF, lot 165 Polskich Lini Lotniczych LOT. Na pokładzie znajdowały się 53 osoby (47 pasażerów i 6 członków załogi), wszyscy zginęli. Wśród ofiar znajdowali się m.in. polski językoznawca Zenon Klemensiewicz (jego imieniem nazwano rezerwat przyrody na Policy), były minister lasów Stanisław Tkaczow, czternastoletni syn ministra komunikacji Piotra Lewińskiego – Stanisław, duchowny Kościoła Polskokatolickiego Antoni Naumczyk z rodziną, a także pilot szybowcowy i pilot PLL LOT Zbigniew Rawicz, który leciał w roli pasażera.

Ofiary katastrofy upamiętnia stojący w pobliżu szczytu Policy metalowy krzyż. Na krzyżu umieszczono dodatkową tabliczkę wykonaną z resztek poszycia samolotu z informacją o oddziale partyzanckim działającym w tym rejonie.




Z niecierpliwością czekałam na najlepszy odcinek w całości pokryty dywanem korzeni ;). Kiedy następnego dnia M. zadzwonił i powiedział mi, że jestem nienormalna wiedziałam, że chodzi o ten zjazd :D Nie powiem, ale byłam dumna, że to pokonałam. Radość z jazdy ogromna ;)



Ponownie zjawiamy się na Mosornym Groniu i zjeżdżamy trasami rowerowymi. Pełen odlot! Aż chciałoby się jeszcze.


Polecam wybrać się na te trasy :)
Najlepsze trasy zawsze z Nim :)
Skoczyć czy nie skoczyć? :D
Po zjeździe do dolnej stacji zastanawiamy się czy wyjeżdżamy jeszcze wyciągiem narciarskim. Jednak pamiętając ostatnią sytuację z Bike Parku w Kluszkowcach stwierdziliśmy, że nie ma co kusić losu i przyjedziemy tutaj kiedyś na cały dzień na "randkę" jak będziemy wypoczęci.


Dolna stacja.
Mapa trasy:


Trasa w prawie identycznym wariancie rok temu. Polecam!
http://camilla14a.blogspot.com/2015/07/ostatni-bastion-pasmo-policy-w.html

Pozdrawiam
Kamila :)

P.S. Dla niewtajemniczonych o co chodzi z Kluszkowcami: http://www.pinkbike.com/video/444622/

środa, 3 sierpnia 2016

"Kamila i jej rower" na Cyklokarpatach - Koninki 23.07.2016

Trochę zabierałam się za ten wpis, ale już jest :)

Jakiś czas temu kiedy byłam pochłonięta remontem zadzwonił do mnie Bartek przerywając mi te wszystkie jakże fascynujące czynności.

Pytanie brzmiało czy jadę na Cyklokarpaty? Normalnie powinnam odpowiedzieć TAK, ale zanim decyzja zapadła do musiałam trochę się zastanowić. Zwlekałam praktycznie do ostatniej chwili. Kiedy dochodziła już godzina "zero" postanowiłam, że się zapisuję i jadę. Co będzie to będzie!

 Do wyboru były 3 dystanse: hobby 20 km, mega 43 km, giga 64 km.

Wybrałam dystans mega. W sobotę już od 4 rano przewracałam się z boku na bok. Stresowałam się jakby to były moje pierwsze zawody :).



Pierwsze co prawda nie były, ale w takiej formie można powiedzieć, że tak. Zawsze jeździłam w XC gdzie pętla ma kilka km i powtarza się ją kilka razy. Tutaj czekała mnie jedna wielka.


Około godziny 10:00 dotarliśmy do biura zawodów. Odebrałam swój numer startowy 1520. Chwila na przebranie i nawet nie wiem kiedy już stałam na linii startu.


W zawodach startowało około 200 zawodników. Razem z Bartkiem wystartowaliśmy z 8 sektora więc tak naprawdę z samego końca. Na początku straszne "korki". Nigdy w takich warunkach nie jechałam. Jak tylko robiła się jakaś wolna luka to starałam się wbić żeby zyskać przewagę. Nauczona doświadczeniem wiem, że trzeba działać szybko bo jak zablokują to się nigdzie już nie ruszysz.

Trasa dystansu mega  startuje spod Ostoi Górskiej Koninki. Na początku wiedzie asfaltowym odcinkiem, a później zaczyna się już teren przeplatany gdzieniegdzie szutrowymi drogami. Cały opis trasy i wszystkie dokładne informacje tutaj więc nie będę się rozpisywać: http://cyklokarpaty.pl/koninki



Pogoda dopisuje. Nie pogardziłabym nawet małym deszczem. Całe szczęście, że ubrałam sobie jedne z krótszych spodenek bo w innym wypadku bym się chyba tam zagotowała, a przecież opaleniznę też trzeba chwycić. Kilka godzin przed startem okazało się, że bukłak, który miałam zabrać ma ułamany wężyk. Sam bidon musiał wystarczyć. Na trasie były 3 bufety więc spokojnie to wystarczyło chociaż naprawdę miałam sporo obaw ponieważ po dosłownie może 5 km zaczęły mnie chwytać jakieś drgawki...

Kiedy dotarłam do pierwszego bufetu poczułam pewną ulgę bo już jakiś odcinek za mną. Poczęstowałam się kawałkiem banana i jazda....i niestety trafia się to czego najbardziej się obawiałam. Kapeć! :( Wyciągam z plecaka narzędzia i zabieram się do działania. Po drodze napotkałam dwóch Panów, którzy pozwolili mi się uporać z tym szybciej. Jednak w tym czasie wyminęło mnie około 40 rowerzystów w tym chyba 4 dziewczyny. 


Nie powiem, ale motywacja trochę spadła. Pomyślałam, że co ma być to będzie, ale przecież ja z trasy nie schodzę - taka moja zasada :). Pokonywałam kilometr za kilometrem w swoim tempie. Oczywiście nie myślcie, że nagle zaczęłam zwalniać żeby podziwiać widoki...nie było na to czasu. 

Po chwili wpadam w trans i jadę bez opamiętania. Canyon daje radę! ;) Kiedy nie ma możliwości żeby wyjechać to wypycham rower pod górę. Nawet nie wiecie, a może i wiecie ile podczas takiej drogi człowiekowi przychodzi myśli. Teraz już wiem co to znaczy przejechać maraton :)

Na horyzoncie pojawia się dwie dziewczyny. Trzeba działać! Kiedy już je wyprzedziłam nie mogę sobie pozwolić na powtórkę taką jak wcześniej. Na zjazdach kolejne dwie...tak sobie myślę, że doświadczenie z zawodów XC oraz moje ekstremalne zjazdy zaowocowały.

Bartek, który objeżdżał trasę kilka dni wcześniej mówił mi gdzie mam uważać i gdzie lepiej będzie jeśli sprowadzę rower. Nie obraź się B., ale tylko przytakiwałam bo wiedziałam, że i tak zrobię po swojemu. Czyli zobaczę co będzie i się do tego dostosuje :D.


Trasa była ciężka, ale z uśmiechem udało się dotrzeć do upragnionej mety. Po wszystkim udałam się do samochodu żeby trochę się ogarnąć. W międzyczasie odbyła się dekoracja zawodników...Brawo ja! Tak, ominęła mnie dekoracja zawodników. Wszystko było w tak ekspresowym tempie, że kiedy przyszłam na miejsce to mężczyźni odbierali swoje dyplomy, a przecież nawet nie wszyscy skończyli jeszcze trasę mega.


Biorąc pod uwagę fakt, że były to moje pierwsze tego typu zawody to nie było źle. Zawsze jednak zostaje mały niedosyt kiedy wiesz, że od 3 miejsca dzieliło zaledwie 5 minut. Mój czas to:  Moje miejsce w kategorii to 4, a w kategorii open 5 na 10. W open 135 na 184 osoby, które ukończyły wyścig. Gratulacje dla wszystkich, którzy tam wystartowali bo naprawdę trasa bardzo ambitna :). Pełne wyniki: https://system.timedo.pl/pl/publiczny/wyniki/108/k/2579/kategoria



Po wszystkim poszliśmy jeszcze nad rzeczkę trochę się ochłodzić ;) Na niedzielę były plany...zastanawiałam się tylko czy po takim wysiłku będę w stanie się jeszcze ruszyć, ale o tym w następnym wpisie. Postaram się jak najszybciej! :)


Pozdrawiam
Kamila ;)

środa, 27 lipca 2016

I Bieg Górski o Złotą Paproć - o tym jak przebiegłam pierwszy półmaraton :)

Jakiś czas temu (czyt. 17.07 :D)  postanowiłam przebiec swój pierwszy półmaraton :)

Jak to się stało? Od pewnego czasu w moim mieście w Limanowej z każdej strony można było dostrzec banery informujące o " I Biegu Górskim o Złotą Paproć Prezesa firmy Joniec". Jako, że Paproć (643m) w Beskidzie Wyspowym to jedna z moich ulubionych gór na szybkie wypady rowerowe to oczywistym było, że wystartuje w biegu.

Z zapisami jednak długo zwlekałam ponieważ dumałam na jaki dystans się zapisać. Do wyboru było 7 km lub 21 km. Stwierdziłam, że nie będę się rozdrabniać i idę na całość! 

Przez cały weekend padał deszcz...i to nie taki ciepły letni jak na reklamach, a wręcz przeciwnie! 
Kiedy razem z Gosią jechałam do Tymbarku gdzie miał odbyć się start miałam wrażenie, że się przejaśnia :D Szybko zostałam sprowadzona na ziemię bo opady miały się jeszcze nasilić.

W biurze zawodów odebrałam swój numer startowy - 161. Chwila na odprawę techniczną i stanęliśmy na linii startu. 


Na starcie :)

Ostatnie odliczanie i w drogę! Dystans wydawał mi się taki długi, że trzeba się było dobrze przygotować. Butelka z wodą w ręce, gadżety typu telefon, mp3 z muzyką...jak tylko dobiegłam na Paproć to porzuciłam to wszystko u sędziów. Uwierzcie, ale wszystko mnie rozpraszało wtedy. Kiedy pozbyłam się już zbędnego balastu mogłam spokojnie biec bez żadnych ograniczeń!

Trasa zaczynała się w Tymbarku i wiodła zielonym szlakiem na szczyt. O zielonym szlaku dużo pisałam na blogu ponieważ często tam zjeżdżam na rowerze. No właśnie: zjeżdżam, a nie podbiegam! Błoto, śliskie kamienie...zapowiada się ekstremalnie! Na pierwszym okrążeniu mała zadyszka, a później już wszystko wraca do normy. Oddech wyrównany i można się cieszyć samym biegiem. Pod górę i po leśnym terenie biegnie mi się super, ale kiedy tylko wkraczam na asfalt to już moc spada.

Kiedy kończę pokonywać pierwsze okrążenie z trzech zaczynam się zastanawiać co mnie naszło, żeby się na 21 km zapisywać. Mogłam przecież iść na 7 km i mieć to z głowy...ale gdzie tam! Przecież na taki krótki dystans to nawet nie opłaca mi się butów zakładać.


Na trasie :) Foto: http://united-cyclists.com/

Na mecie radosne okrzyki kibiców, które dodają skrzydeł. Eh gdzie jest mój rower? Chociaż z drugiej strony start na takiej trasie i  w takim deszczu to by było prawdziwe wyzwanie. Biegnę dalej...próbuje maszerować i wtedy czuję ból. Wiem, że nie mogę przestać biec bo później nie ruszę. I tak sobie biegnę co jakiś czas mijając się z pewną ekipą. Na podbiegach ja ich wyprzedzam, na zbiegach oni mnie. Niesamowite jest ile sympatycznych ludzi można poznać podczas takich zawodów.

W końcu jest upragniona meta! :) W dystansie na 21 km wystartowało około 40 osób w tym 7 dziewczyn. Moje miejsce to 6 z niewielkimi stratami do 4 i 5 :) Czas 02:24:53 


Medal :D

Po wyścigu odbyła się dekoracja najlepszych zawodników w swoich kategoriach! Odbyło się również losowanie nagród. Żeby wziąć udział trzeba było zapamiętać dwa hasła, które były rozmieszczone na trasie na tabliczkach. Brzmiały mniej więcej tak: "Paproć jest Twoja", "Biegnij przecież możesz szybciej", "Teraz będzie z górki"...Nie pamiętam wszystkich już teraz, ale naprawdę super pomysł i po raz pierwszy się z czymś takim spotkałam :)


Wyścig był organizowany po raz pierwszy i pomimo niesprzyjającej pogody przyciągnął wielu biegaczy. Wierzę, że za rok będzie nas jeszcze więcej! Organizacja na szóstkę z plusem! Tak trzymać!


Filmik ze startu: https://www.youtube.com/watch?v=CPKF1fNofYM


Pozdrawiam
Kamila :)

piątek, 22 lipca 2016

Rowerowy Lidl - czy warto? ;)

Jakiś czas temu otrzymałam przesyłkę od firmy Lidl Polska. Kiedy otwierałam dosyć sporów rozmiarów karton sama nie wiedziałam co tam na mnie czeka :) Dzisiaj pokażę Wam zawartość :)


1. Koszulka rowerowa:



Co pisze producent?

- Łatwa w pielęgnacji, wygodna i wytrzymała: idealna do długich wycieczek rowerowych
- Optymalna regulacja wilgoci dzięki włóknu funkcyjnemu TOPCOLL
- Elementy odblaskowe dla lepszej widoczności
- 3 praktyczne kieszonki na plecach z dodatkową kieszonką na zamek błyskawiczny

Moje odczucia:

Oczywiście jak na kobietę przystało pierwszą rzeczą na jaką zwróciłam uwagę to wygląd. Wzór koszulki bardzo mi się spodobał, a te białe kropeczki mnie wręcz urzekły. Zamek na całej długości koszulki ułatwia jej zakładanie. Kieszonki w tyle są dosyć pojemne i przede wszystkim jest do nich łatwy dostęp. Na kieszonce znajduję się mały odblask w formie paska. Jeżeli chodzi o rozmiarówkę mam wrażenie, że marka Crivit ma lekko zawyżoną rozmiarówkę. Na początku przeszkadzało mi, że koszulka jest trochę luźna, ale po kilku jazdach stało się to bardziej zaletą ponieważ przy jeździe z plecakiem czuję się w niej swobodnie. Koszulka jest zdecydowanym faworytem tego wpisu :)




2. Spodenki:


Co pisze producent?

- Funkcjonalne i praktyczne - jazda na rowerze w idealnym stroju
- Elementy odblaskowe zapewniają lepszą widoczność 
- Optymalne dopasowanie i wysoka swoboda ruchów dzięki włóknu LYCRA SPORT
- Wszyte, ergonomiczne wyściełanie siedzenia COOLMAX freshFX
- Praktyczna kieszonka wewnątrz na klucze
- Elastyczny brzeg nogawki z taśmą abtypoślizgową

Moje odczucia:

Materiał jest bardzo przyjemny i przewiewny więc to jest zdecydowanie na plus. Kieszonka, która została przewidziana na klucze jak dla mnie jest zbędna - takie rzeczy lepiej włożyć do kieszonki w koszulce. Taśmy przy spodenkach są delikatne i nigdzie nie uwierają. Niestety wkładka zastosowana w tych spodenkach dla mnie nie zdaje egzaminu. Pierwsza trasa w nich liczyła około 20 km. Po jakimś czasie miałam wrażenie jakby jej tam w ogóle nie było. Na dłuższe trasy nie polecam, ale na krótkie trasy typu dojazd do pracy chętnie będę w nich jeździć.
 

3. Licznik rowerowy:



Co pisze producent?

-Z wieloma funkcjami: pomiar prędkości, timer jazdy, licznik odległości, wskaźnik temperatury, licznik spalania kalorii i tłuszczu, zegar/stoper i tryb skanowania.
- Bezprzewodowy z praktycznym uchwytem na klips
- Możliwość ustawienia 6 języków
- Dobrze czytelny wyświetlacz LC z podświetleniem 
- Osłona przed zachlapaniem zgodnie z IP44
- Montaż bez narzędzi
- Łącznie z baterią

 Moje odczucia:

Instrukcja montażu przedstawiona jest w obrazkowy sposób. Momentami musiałam się wpatrzyć dokładnie żeby dostrzec szczegóły. Jeśli chodzi o zamontowanie to jest ono bardzo proste. Wszystkie elementy jakie nam będą potrzebne do montażu znajdują się w opakowaniu. Jest bezprzewodowy więc nie musimy rozprowadzać żadnych dodatkowych linek. Licznik posiada sporo funkcji. Dla mnie niektóre rzeczy typu spalanie kalorii i tłuszczu jest zbędne, ale jeśli ktoś lubi mieć takie rzeczy pod kontrolą to ok. Licznik oraz sensor mogłyby być ciut mniejsze. W każdym bądź razie zostaje na kierownicy i będziemy testować dalej :)

 
4,5,6. Dzwonek, koszyk, bidon:





Jako dodatkowy gratis w przesyłce znalazły się jeszcze 3 rzeczy. Bardziej pasują do roweru miejskiego, a takiego niestety nie posiadam. Dzwonek w piękne motylki sprawia, że chciałoby się ten rower kupić :D. Bidon jak dla mnie jest wykonany ze zbyt twardego materiału. Na uwagę za to zasługuje koszyk. Nie napiszę swoich odczuć na jego temat, ale napiszę co mówi producent. 

-proste zdejmowanie koszyka po naciśnięciu przycisku
- koszyk 20-litrowy z odpornego na rozrywanie, zmywalnego materiału ze stabilną ramą aluminiową
- w zestawie wodoodporna pokrywa ze ściąganym sznurkiem i stoperem
- odblaskowy element dla lepszej widoczności
- 1 kieszeń zewnętrzna z zamkiem błyskawicznym i 1 wyjmowaną kieszenią wewnętrzną na rzep
- 2 szlufki z wyściółką przyjazną dla dłoni
- maks. obciążenie: 5 kg


Jego gwarancja jak i licznika to 3 lata więc sami sobie możecie odpowiedzieć czy warto :)


Dziękuje firmie Lidl Polska za możliwość przeprowadzenia testów.


Pozdrawiam
Kamila :)

niedziela, 17 lipca 2016

Puchar Szlaku Solnego & Puchar Polski - Skomielna Biała 10.07.2016

W sobotę późnym wieczorem kiedy wróciłam z Mogielicy w ekspresowym tempie zrobiłam szybkie przepakowanie plecaków i zamianę rowerów ;) Full został w domu, a Sztywniak ruszył w trasę...

Do samego końca nie wiedziałam czy wystartuję w tych zawodach..od kilku dni intensywnie myślałam jak to wszystko rozwiązać żeby było dobrze. W czym był problem? Właściwie to w tym samym co zawsze...transport. Jak się działa samemu na własną rękę to rzeczy, które dla kogoś są oczywiste dla mnie już takie nie są. Wiedziałam, że muszę tam dotrzeć bo jeśli odpuściłabym te zawody to pewnie w kolejnych bym już nie startowała. Jestem taka, że albo wszystko albo nic. Na szczęście udało się znaleźć nocleg i już dzień wcześniej znalazłam się razem z Koleżanką na miejscu.

Chyba najwyższa pora pomyśleć o samochodzie bo rower jest super, ale niestety nie wszędzie na nim zajadę.
Kruszynka na zawodach super się spisała :)
Przed godziną 10:00 zanim rozpoczęły się pierwsze starty zrobiłyśmy z Gosią objazd trasy. Pamiętając swój upadek z tamtego roku gdzie kask uratował mi głowę miałam trochę obawy przed tym co nas czeka. Zamiast pojechać trasą Elita pojechałyśmy na Młodzik...tym samym ominęłyśmy ten "najgorszy" odcinek.



Z racji, że był to Puchar Polski to trasa nie mogła być zbyt łatwa. Zakręty gdzie rower mieścił się dosłownie na styk, a zaraz już następne. W kilku miejscach sobie powtórzyłam zjazd po czym stwierdziłam, że na zawodach nie będę tak ryzykować...Obserwowałam jak inni zawodnicy tylko się tam przewracają. Oczywiście na zawodach w tych miejscach nie było mowy o sprowadzaniu :D Musiałam to pokonać :)



Po treningu zrobiłam sobie jeszcze chwilę drzemki w wynajętym pokoju. Następnie trzeba było wyjechać rowerem pod dosyć stromą gorę gdzie była zlokalizowana cała impreza. Gosia niestety nie mogła wystartować bo coś rower zaczął szwankować. Świetnie za to sprawdziła się jako fotograf i kibic na trasie ;)


Mój numer startowy :)
Na linii startu było trochę tłoczno. W mojej kategorii około 18 dziewczyn, a tuż po nas start miały juniorki i juniorki młodsze. Momentami na bardziej stromych odcinkach robiły się małe korki.


Tuż przed startem.
Moim założeniem było dojechanie do mety i przede wszystkim tak jak obiecałam M. miałam się nie rozwalić :D


Wyścig rozpoczęty i już nic mnie nie interesuje oprócz jazdy :D
Na początku pisałam, że nie było tego zjazdu, którego tak się obawiałam...owszem był na objazdówce, ale ja o tym dowiedziałam się "na żywo" :D Pokonałam swoje słabości i zjechałam to płynnie. Później też było kilka takich ścianek z materacami zabezpieczającymi. Powiem Wam, że to właśnie tych miejsc najtrudniejszych technicznie nie mogłam się najbardziej doczekać.





W kategorii elita do pokonania miałyśmy 4 okrążenia liczące około 5 km jedno. Rok temu zrobiłam dwa więc teraz też się nie nastawiałam na więcej. Udało się pokonać 3 na 4 ponieważ na ostatnim miałam już dubla. Właściwie to mogłabym jeszcze jechać :)



Moje miejsce tym razem to 14, ale jakoś specjalnie się tym nie przejęłam bo wiedziałam, że tym razem nie jadę dla wyników, ale dla zabawy :) Bardziej zwracałam uwagę na klasyfikację generalną Pucharu Szlaku Solnego - obecnie jestem na trzecim miejscu.



Po zakończonych zawodach czas było wracać do domu. Tym razem trochę inaczej niż dotychczas. Ze Skomielnej Białej na rowerach dojechałyśmy do Mszany Dolnej czyli jakieś 15 km z doładowanymi plecakami. Następnie rowery zostawiłyśmy u znajomych, a później autostopem - udało się bezpośrednio do Limanowej :) To jeszcze nie był koniec mojego szalonego weekendu bo zaraz czekała mnie zmiana w pracy.



To był mój pierwszy wyjazd na zawody gdzie musiałam nocować. Powiem Wam, że w sumie nie wyszło źle bo przynajmniej nie musiałam się zrywać już o 6 rano, a mogłam spokojnie pospać. Jeżeli będziecie w okolicy i potrzebny będzie Wam nocleg to polecam "Rancho". Niesamowita atmosfera i bardzo sympatyczni ludzie.


"Rancho" :)

Czasem zastanawiam się po co ja to robię wszystko! Ktoś inny by mi powiedział żebym dała sobie spokój bo i tak nic z tego nie mam...Powiem Wam, że owszem mam ;) SATYSFAKCJĘ :)


Pozdrawiam
Kamila ;)