wtorek, 19 czerwca 2018

XV Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy Kierat 2018

Emocje po maratonie Kierat już opadły i znowu musimy czekać kolejny rok.

Co to jest ten Kierat? Pisałam już o tym na blogu wielokrotnie, ale dla niewtajemniczonych mała ściągawka:


Trasa: Beskid Wyspowy, Beskid Makowski
Długość: 100 km non stop
Limit czasu: 30 godzin
Suma podejść: 4000 m

To tak w wielkim skrócie. Zapraszam na moją relację :)
Niektórzy ludzie z niecierpliwością oczekują na Sylwester i na to co przyniesie Nowy Rok. W naszym domu rok jest liczony od Kieratu do Kieratu. Już od kilku miesięcy wcześniej dało się słyszeć pytania z otoczenia "Idziesz na Kierat?".


Plan mojego Męża na rok 2018: pokonać trasę 100 km w czasie poniżej 20 godzin.

Mój plan: wystartować!

Dawniej zastanawiałam się ile kilometrów uda mi się pokonać. Tym razem moją głowę zaprzątała myśl czy uda mi wystartować? Największym pytajnikiem było dla mnie kto zostanie wtedy z dzieckiem. Na szczęście Babcia, Dziadek i Ciocia przejęli moje małe szczęście i mogłam ruszyć.



Jedziemy odebrać pakiety startowe.
"Dziadek Kierat" czyli Pan Andrzej Sochoń - budowniczy trasy i sędzia główny maratonu Kierat.

W piątek tuż po godzinie 11:00 pojechaliśmy do biura zawodów w Słopnicach. Czas na otwarcie spędziłam na pogaduchach to tu to tam, a  M. niecierpliwie czekał, aż zobaczy mapę. O godzinie 12:00 biuro zostaje otwarte. Wchodzimy jako jedni z pierwszych, a tuż za nami zdążyła się utworzyć długa kolejka oczekujących.

Ku radości M. trasa przebiega mniej więcej tak jak przypuszczał i tam gdzie trenował. Ja w tym roku nie obstawiałam nic - moimi jedynymi "treningami" były codzienne spacery z wózkiem i kilka wycieczek rowerowych. 
Pakowanie na Kierat? Dwie godziny przed startem zaczęłam upychać wszystkie rzeczy do plecaka. Oczywiście jak co roku okazało się, że jest tego za dużo i musiałam zabrać większy plecak. Wychodzę z założenia, że lepiej jest mieć swobodny dostęp do rzeczy niż za każdym razem wszystko wypakowywać z mniejszego.


Po 17:00 wyjeżdżamy z domu. Buziak dla Misia i w drogę - to była pierwsza noc gdzie został beze mnie. Oczywiście ja to bardziej przeżywałam bo przecież on się świetnie bawił :). 
Przed startem nastąpiła odprawa techniczna i można było ruszać w drogę. W tym roku oboje z M. startowaliśmy, ale nie razem co dla niektórych osób było sporym zaskoczeniem bo jak to tak.

W oczekuwaniu na start :)
M. ruszył biegiem, a ja z Koleżankami Kingą i Gosią znacznie spokojniejszym tempem. Do punku pierwszego idziemy bez błędnie - za bardzo nie ma możliwosći żeby się zgubić bo idzie około 700 osób więc ktoś gdzieś zawsze się przewija.



Po jakimś czasie pierwszy punkt zaliczony. Zdążyłam się już trochę rozgrzać więc idzie się znacznie lepiej. Ludzi też jakby coraz mniej.




Do punktu drugiego idziemy praktycznie cały czas same. W pewnym momencie jakby z czterech stron świata zeszli się ludzie. Co się okazuje? Wszyscy pobłądzili. Zaczęło się intensywne dumanie. My stwierdzamy, że odbijamy w krzaki i na przełaj. Po chwili udaje nam się znaleźć właściwą drogę. Dumne jak paw idziemy dalej. Trzeci punkt po wielu trudnościach w końcu odnaleziony.



W drodze na 2 punkt.



Kiedy znajdujemy się na trzecim punkcie jest dokładnie północ. Zakładam bluzę bo zaczyna mi się robić chłodno...zaraz jednak emocje mnie rozgrzeją. Idę trasą, którą wyznaczył mi M. W pewnym momencie docieramy do takiego miejsca, że ktoś o zdrowych zmysłach nawet nie pomyślałby, że tam jest jakaś ścieżka. Dzwonię do M., ale oczywiście jego telefon jest wyciszony. Wybieram więc nr do Asi żeby zapytać czy przechodzili przez takie zarośnięte coś. Odpowiedź brzmi tak więc już bez chwili zastanowienia można ruszać. Po drodze towarzyszy nam Pan Janusz, z którym później będziemy się mijać co jakiś czas na trasie.


Po wielu trudach 3 punkt zdobyty.
W drodze na 4 punkt Gosia podejmuje decyzje, że jednak schodzi z trasy bo niedawna kontuzja kolana postanowiła się odezwać. Wiecie co? Szacun dla niej! W tamtym roku przejechała trasę Kieratu na rowerze. Teraz też miała startować, ale towarzysz wycieczki się wycofał więc zdecydowała, że idzie razem z nami na nogach. Wróciła z pracy i w ciągu 20 minut już była gotowa do wyjścia. I niech ktoś powie, że kobiety to słaba płeć...

Czwarty punkt czyli Baza Szkoleniowo - Wypoczynkowa "Lugoboszcz" zostaje zdobyta. Razem z Kingą robimy sobie tutaj dłuższą przerwę. Ta dłuższa przerwa to z mojego powodu. I tutaj muszę się do czegoś przyznać. Korzystałam z pomocy osób trzecich co jest absolutnie zabronione. W bazie na Lugoboszczy czekał na mnie pewien tajemniczy pakunek, a mianowicie mój przyjaciel laktator. Siedząc i zajadając bułki okazało się, że zgubiłyśmy po drodze papierową mapę, a Gosia jak schodziła do drogi głównej to ją znalazła. Bierzemy mapę od sędziów i robimy zdjęcia telefonem. Kingę dopada mały kryzys spowodowany brakiem snu, a we mnie budzi się wola walki choćby nie wiem co. Pocieszam ją, że zaraz będzie jasno to i myślenie wróci. I miałam rację.


Z bazy Lugoboszcz wychodzimy w towarzystwie trzech chłopaków. Zawsze to raźniej. Okazuje się, że są z Nowego Sącza! W końcu ktoś miejscowy bo tak to sama Warszawa, Poznań, Gdańsk itd. Szybko łapiemy wspólny temat jakim są rowery.


Idziemy do punktu piątego czyli do słynnej góry Szczebel gdzie nachylenie potrafi wynosić nawet 45 stopni. Moje pierwsze spotkanie z tą górą było jakieś 8 lat temu kiedy na Kieracie w nocy dosłownie się tam czołgałam. Moje łzy mieszały się wtedy ze spadającym deszczem.


Zawsze to  ktoś nawigował na Kieracie. Tym razem była to moja rola. Chyba to mnie "trzymało przy życiu" bo nie miałam żadnego kryzysu. Po prostu czułam się za coś odpowiedzialna. Na Szczebel idziemy praktycznie bezbłędnie. Droga co prawda trochę się dłuży, ale o dziwo mam tyle siły, że mogłabym biec. 
Około godziny 5 rano zdobywamy 5 punkt. W tym miejscu nie opłaca się nawet rezygnować bo i tak trzeba zejść jeszcze sporo km do głównej drogi. Więc trzeba iść dalej. Razem z Kingą ruszamy żeby nie tracić czasu, a pozostali jeszcze zostają. Po chwili i tak spotykamy się w jednym miejscu bo miałam chwilowe zaćmienie i zaczęłam schodzić złą drogą.


Na szczycie góry Szczebel.









Droga ze Szczebla nie była usłana różami. Raczej powiedziałabym, że kamieniami i głazami. Kinga zaczyna zastanawiać się nad rezygnacją...czas nas trochę zaczyna gonić i patrzymy, o której będzie zamknięty następny punkt. Przeliczając okazuje się, że czasu nie mamy za wiele. K oraz napotkana ponownie ekipa z Sącza się wycofuje. Pytam jeszcze czy ktoś nie ma ochoty iść dalej, ale wszyscy kategorycznie odmawiają. Co ze mną? Podejmuję taką decyzję, że chyba sama po sobie się tego nie spodziewałam. Idę dalej. Sama ze swoimi myślami. Uwierzcie mi, że w środku to się we mnie gotowało. Miałam trzymać się linii, którą wyznaczył mi M., a za nic nie mogłam znaleźć żadnej ścieżki. W końcu ruszyłam na przełaj. Byłam tylko ja i las. Żałowałam, że M, nie może mnie zobaczyć w akcji bo pewnie byłby dumny. Nie oszukujmy się, ale nawigacja na Kieracie to podstawa. Do tej pory to zawsze ktoś nawigował więc Kamilka sobie szła spokojnie nie przejmując się niczym. Kiedy znalazłam się na właściwej trasie poczułam ulgę. Zaczęłam biec żeby nadrobić stracony czas. Musiałam zadzwonić do Sędziego, że spóźnię się trochę - bo jeśli by zamknęli punk, a ja nie podbiłabym karty to mój wysiłek poszedłby na marne.


W jeszcze jednym miejscu trochę błądziłam w trawach i pokrzywach sięgających po ramiona. W końcu udaje się zejść do drogi. Przecinam ją pod wiaduktem i dalej już bezbłędnie do celu. Robienie zdjęć było ostatnią rzeczą o jakiej wtedy myślałam więc musicie użyć wyobraźni.



Widząc ten most wiedziałam, że jestem "uratowana"


Na punkcie 6 sędziowie dostrzegają mnie już z daleka. Wiedzą, że to właśnie na mnie jeszcze czekają. Z punktu nr 6 zabieram się w towarzystwie Angeliki i Piotrka, którzy mieli już pokonanych trochę nadprogramowych kilometrów na tzw. błądzenie :D. Idziemy opowiadając wrażenia z trasy. Takie gadanie na trasie jest niebezpieczne bo w pewnym momencie poszliśmy za daleko i bez potrzeby zrobiliśmy na mapie takiego zygzaka, a wystarczyło myśleć i iść prosto. W jednym miejscu trochę błądzimy. Emocje już sięgają zenitu ponieważ każdy jest zmęczony. Stwierdzam, że niech się dzieje co chce biegnę znowu sama na przełaj. Dobiegam do rzeki i tam przechodzę przez chwiejącą się kładkę modląc się żeby nie wpaść do rzeki. Dobiegam do szkoły w miejscowości Krzczonów. Karta podbita. Na mecie ku mojej radości znajduje się Pan Andrzej Sochoń - budowniczy całej trasy.





Na 50 km czyli półmetku trasy kończę swój tegoroczny Kierat 2018. Niestety czas nie pozwala na to żeby iść dalej ponieważ nie zdążyłabym już na kolejne punkty. W tym roku pogoda była wymarzona i żałuję, że nie pokonałam 100 km. Ten Kierat nauczył mnie wiele. Przede wszystkim tego, że powinnam bardziej sobie ufać i w siebie uwierzyć.



Na punkcie 7 czyli mojej mecie :)
Jak wróciłam z Kieratu?

Zakończyłam w miejscowości Krzczonów czyli jakieś 50 km od Limanowej. Dzwonić po kogoś i zawracać głowę w sobotę trochę mi nie pasowało. Postanowiłam więc złapać stopa. Sprawa nie była taka prosta bo o wiele łatwiej jest złapać kiedy masz na sobie sukienkę i pięknie rozwiane włosy. Na szczęście urok osobisty zadziałał i za chwilę jechałam do miejscowości Lubień. Od słowa do słowa okazało się, że jadę z Panem, którego pasją jest rower, a żeby było śmieszniej to jeździ w tym samym klubie co ja. I niech mi ktoś powie, że świat nie jest mały. Później jeszcze dwóch kierowców i na koniec z Kolegą dotarłam do bazy w Słopnicach. Na mecie był już mój Mąż oraz Asia.


Spędziliśmy praktycznie tyle samo czasu na trasie z taką małą różnicą, że ja zrobiłam 50 km, a oni 100 km :). W szkole zjedliśmy pierwszy ciepły posiłek od X czasu. Następnie jazda do domu bo już umierałam z tęsknoty za Misiem :)


Szybka kąpiel żeby zmyć z siebie cały wysiłek Kieratu i w końcu mogłam przytulić Michałka. Spałam jak zabita, a kiedy się ocknęłam to musiałam spojrzeć na kalendarz żeby zobaczyć czy to jest jeszcze dzisiaj czy może nastał już nowy dzień.





W niedzielę pojechaliśmy na uroczyste zakończenie. Każdy z uczestników dostał dyplom i pamiątkowy medal. I to nie byle jaki - jest piękny! Następnie odbyło się losowanie nagród z nr startowych - oboje mieliśmy szczęście i coś wylosowaliśmy. Z racji, że był to już XV Kierat to nie mogło zabraknąć pysznego tortu. I tak oto kolejny Kierat przeszedł do histori zostawiając wiele wspomnień.



W kategorii mężczyzn pierwsze miejsce zdobył Maciej Więcek. 100 km pokonał w czasie 13 godzin 19 minut. Jako ciekawostkę dodam, że mijaliśmy się jak byłam na 4 punkcie. Myślicie, że jestem taka szybka? Nie. To on jest taki szybki! Punkt 4 i 11 był po prostu w tym samym miejscu.  W kategorii kobiet pierwsze miejsce zajęła Urszula Zimny.



Ogromne gratulacje i podziękowania należą się dla Organizatorów!

Jeżeli chcecie przekonać się na własnej skórze jak to jest to już dzisiaj Was zachęcam do przyjrzeniu się z bliska temu tematowi. Żeby później nie było, że za późno powiedziałam :D Macie prawie rok na trening :)

Mariusz w kategorii open był 38, a w kategorii mężczyzn 35. 

Moje miejsce open 501, a w kategorii kobiet 69. Dodam, że jako ostatnia zawodniczka odwiedziłam półmetek :D.

Polecam również moje wcześniejsze relacje :)

Kierat 2017: http://camilla14a.blogspot.com/2017/06/xiv-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html


Kierat 2015: http://camilla14a.blogspot.com/2015/05/xii-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html


Kierat 2014: http://camilla14a.blogspot.com/2014/05/xi-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html


Kieratów w moim życiu było chyba 8, ale wtedy jeszcze nie istniał blog ;) Myślę, że osoby, które będą startować po raz pierwszy znajdą w tych wpisach garść wskazówek. A jeśli macie jakieś pytania to zawsze służę pomocą.




Pozdrawiam

Kamila :)

2 komentarze:

  1. Gratulacje! Tak się złożyło, że na XV Kieracie też po raz pierwszy zostawiliśmy naszą pociechę pod opieką dziadków i... nawet załapaliśmy się na jednym zdjęciu u Ciebie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję! Odważna z Ciebie kobieta i wciąż szukasz fajnych przygód. Przysiądę tu na dłużej :)

    OdpowiedzUsuń