piątek, 1 czerwca 2018

"Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat" - o byciu aktywną mamą :)

Kiedy kilka lat temu oczekiwałam na start w zawodach pamiętam jak wszyscy dookoła wyrażali swój podziw dla Koleżanki, która urodziła dziecko i zaraz wróciła do jazdy - w dodatku na najwyższym poziomie. Wtedy myślałam sobie też mi wielka rzecz...urodziła dziecko to pewnie był czas żeby dojść do siebie. Nie przewidziałam wtedy innych rzeczy, które są, a zupełnie się o nich nie mówi. 

Pomysł na ten wpis chodził mi po głowie już od dawna, ale jakoś ciągle nie mogłam znaleźć czasu. Dzisiaj jednak byłam tak zdeterminowana żeby go napisać, że postanowiłam zabrać kartkę i długopis i zacząć pisać główne myśli na ławce w parku. Skończyło się na tym, że nagle wszystkie matki się spotkały i można było zapomnieć o pisaniu. Są to moje obserwacje z kilku miesięcy. Być może dla kogoś będzie to kontrowersyjne co napiszę, ale napiszę bo taka jest rzeczywistość. 


Kiedy dotarło do mnie, że jestem w ciąży moje życie zdecydowanie uległo zmianie. Do tej pory w głównej mierze opierało się na dwóch kółkach. Wycieczki rowerowe, zawody - to wszystko musiało zejść na dalszy plan. Z automatu ja też zeszłam gdzieś na bok. Telefon umilkł bo przecież logiczne, że nikt nie będzie pytał ciężarnej czy idzie na rower albo w góry. Jak tylko urodzę to ja Wam wszystkim pokażę - tak sobie myślałam :)





Wyobrażenia kontra rzeczywistość!

Zanim jeszcze urodziłam Michałka myślałam, że skończy się okres połogu i hop na rower. Nic bardziej mylnego! Było tyle rzeczy, o których tak naprawdę na co dzień się nie mówi. Kiedy jest się w ciąży wszyscy wręcz chuhają i dmuchają żeby matce i dziecku nic się nie stało. Jeżeli tylko jakieś badanie wyszło trochę gorzej to od razu witaminy itd. W momencie kiedy rodzisz liczy się już tylko dziecko. Absolutnie nie mam o to pretensji, ale efekt baby blues, który dopada nawet od 50-80% kobiet potrafi nieźle zamieszać. Kiedy kobieta urodzi dziecko absolutnie wszyscy zachwycają się małym brzdącem, ale czy ktoś pomyślał jak czuje się kobieta? 


Karmienie

Temat numer jeden wśród mam i nie tylko. Po prostu każdego interesuje to w jaki sposób karmisz. Na zdjęciach wygląda to cudownie - mały słodziak przytulony do mamy i ta więź, która między nimi jest budowana. Szczerze jak na to patrzyłam to zazdrościłam. Na początku karmiłam tylko piersią, a później zakupiłam laktator i w tamtym momencie odżyłam psychicznie. Z czasem doszło do tego sztuczne mleko. W końcu mogłam gdzieś wyjść z domu i nie martwić się, że zaraz mam wracać bo dziecko jest głodne.  Przez chwilę czułam się wyrodną matką bo z każdej strony jest taka nagonka na wyłączne karmienie piersią. Nie mogę tylko pojąć dlaczego tępi się matki, które wybrały inny sposób? Przecież żadna nie chce dla swojego dziecka źle. Na plakatach promujących karmienie piersią możemy spotkać się z wyniosłymi hasłami typu jakie ważne jest wsparcie otoczenia. Dobre sobie - do dzisiaj pamiętam uwagę jednej z pielęgniarek kiedy nie potrafiłam przystawić dziecka do piersi: "A do szkoły rodzenia pani nie chodziła?", a co  lalkę miałam sobie przystawić? Osoby, które z założenia mają wspierać potrafią jednym złym słowem zrazić. Nie zliczę ile razy po prostu beczałam z bólu bo wiedziałam, że zaraz będę karmić. W tym momencie wszystko się unormowało i jest to czas, który spędzamy z przyjemnością. Nie jestem jednak na tyle odważna żeby w miejscach publicznych karmić piersią - nawet bym pewnie tak nie potrafiła dlatego szacunek dla wszystkich karmiących mam.


Zanim wyruszę w trasę trzeba nakarmić małego Ssaka :)

Pamiętacie te prześmiewcze hasła z brukowców typu: "Nie śpię bo trzymam kredens"  Ja nie śpię bo trzymam laktator! 

"Co u Ciebie słychać?
Laktator... "

Genialne urządzenie. Pewnie niektórzy z Was zastanawiają się co ma blog rowerowy do tego wszystkiego! A no ma i to wiele. Pamiętam jeden z komentarzy na blogu, w którym to mężczyzna życzył mi wytrwałości i wspominał o problemach laktacyjnych żony. Ej, ale o co chodzi? O czym on do mnie pisze! Wkrótce się o tym przekonałam :)

Teraz kiedy chce wyjść na rower to nie jest dla mnie takie hop siup, że tylko napełnię bidon z wodą i jazda. W tym momencie muszę usiąść przy laktatorze żeby po ludzku rzecz ujmując opróżnić piersi. Jazda z takim "obciążeniem" sprawia ogromny dyskomfort. Jak tylko wracam do domu po dłuższej wyprawie rowerowej to od razu swoje kroki kieruję pod prysznic, a następnie karmienie małego Głodomorka :).

Mój trening przed zawodami? W kwietniu po raz pierwszy w tym sezonie startowałam w zawodach MTB. Postanowiłam więc, że pasuje ostro potrenować. Szybka jazda pod górę, a następnie w dół...i ta myśl po drodze żeby założyć jeszcze kurtkę dla bezpieczeństwa - przed czym? Już odpowiadam. Otóż zapalenie piersi...coś tam gdzieś się obiło o uszy, ale nie zdawałam sobie sprawy z jakim bólem się to wiąże. Jako, że przechodziłam przez to już po raz drugi to wiedziałam jak sobie z tym poradzić.  Następna jazda odbyła się już na żywo na zawodach bo do tego czasu niestety nie mogłam wsiąść na rower Jako, że urodziłam dziecko w styczniu to pogoda też nie sprzyjała więc powrót na rower automatycznie przesunął się w czasie. Oczywiście hasło znane wśród rowerzystów "Nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani ludzie" mogłam sobie włożyć między bajki bo musiałam uważać żeby nie złapać ww. zapalenia. Możecie się śmiać, ale kiedy jechałam na zawody to musiałam cały sprzęt zabrać ze sobą żeby po drodze w samcohodzie ogarnąć to i owo. Dobrze, że ten laktator jest na kabelek do gniazdka jak i  na baterię. 



Moje największe trofeum ;)

Kręgosłup


Na wizycie u lekarza specjalisty na pytanie jak samopoczucie odpowiedziałam, że w porządku tylko kręgosłup daje mi się we znaki. Co usłyszałam? Pewnie wychodzi brak sportu w życiu...w duchu się zaśmiałam bo o ironio prawie całe moje życie jak sięgam pamięcią to sport w mniejszym lub większym stopniu. Bądź co bądź pod koniec ciąży miałam co dźwigać. Teraz zresztą też :D. Od mojej początkowej wagi przybyło 20 kg :D "O matko tyle przytyłaś w ciąży?" dało się słyszeć oburzenie. Owszem tyle przytyłam, ale cieszę się bo już praktycznie wróciłam do swojej wagi sprzed ciąży. Ale serio czy to jest najważniejsze? Gdybym może nie jadła tyle słodyczy co jem to już bym dawno była fit, ale spokojnie. Na wszystko przyjdzie czas :). 


Czas

Nie przypuszczałam, że bycie matką tak mnie zmieni. Dawniej większość rzeczy widziałam przez pryzmat dwóch kółek. Teraz na pierwszym miejscu oczywiście jest Michałek. Z racji, że mój Mąż pracuje 24 godziny na dobę, a jak już jest w domu to i tak ma ręce pełne roboty to kiedy pojawia się opcja, że możemy spędzić czas razem to chyba oczywiste jest co wybiorę. Tyle, że na dłuższą metę każdy potrzebuje jakiejś odmiany i jak tylko jest możliwość to idę na rower, ale nie odczuwam takiej presji, że muszę bo inaczej coś mnie trafi. Jak już się wyrwę i poczuję smak wolności to i tak przez głowę przechodzi myśl co robi Misio. Może by tak skrócić trasę bo tęsknię? 
Takie błędne koło :) 

Gdy przeglądam różne blogi i widzę idealne poukładane życie gdzie jest czas na wszystko to zastanawiam się ile w tym wszystkim jest prawdy. A może to tylko ja jestem taka nieogarnięta i nie potrafię zapanować nad wszystkim!  


Dzień tylko dla mnie :)


Tata na rowerze, a ja z wózkiem :)


Dziecko

"Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat" Tak sobie dzisiaj o tym pomyślałam, że coś w tym cytacie jest. Śmieje się  - Twój świat! Gdy patrzę na Misia nie mogę wyjść z zachwytu, że on we mnie się rozwijał. Po prostu mój mały wielki cud. Być może zabrzmi banalnie, ale najlepsza rola jaka mi się w życiu trafiła to bycie matką. Początki mojego macierzyństwa nie były jakieś kolorowe bo wszystko było dla mnie całkowitą nowością, ale teraz cieszymy się każdym dniem razem. 

Mój pierwszy Dzień Matki spędziłam na Ekstremalnym Maratonie Pieszym Kierat. Obiecałam sobie, że dla Niego przejdę 50 km żeby był dumny z matki ;)


Jeżeli spacery z wózkiem można uznać za trening to trenowałam codziennie :)

Życzenia :)


Wiem, że wśród moich czytelniczek jest dużo Mam :) Chciałabym Wam życzyć wielu chwil radości, aby każdy dzień był dla Was przygodą i powodem do dumy. Realizujcie się w byciu Mamą, ale nie zapominajcie w tym wszystkim o sobie!

Wszystkim Dzieciom życzę, aby ich dzieciństwo było jak najlepsze i aby trwało jak najdłużej! 

P.S. Jeżeli dotrwaliście do samego końca to mimo wszystkich trudności nie zrażajcie się bo dziecko wszystko wynagrodzi :)

wtorek, 15 maja 2018

Enduro na pełnym wypasie czyli trasy rowerowe w Lechnicy!

W sobotę razem z ekipą kolegów pojechałam do miejscowości Lechnica na Słowacji. Jest to wieś pomiędzy Czerwonym Klasztorem, a Starą Wsią Spiską. Wyjechaliśmy tuż po godzinie 12:00 - na szczęście dzień jest bardzo długi więc nie miało to jakiegoś większego znaczenia. 



Naszym celem są trasy enduro w Lechnicy. Byłam tutaj rok wcześniej i z tego co pamiętałam to miejscami były jeszcze powalone drzewa więc nie było takiej płynności jazdy. Obecnie są tam przygotowane dwie trasy enduro. Na początku jedziemy szutrową drogą, a po jakiś 15 minutach docieramy do miejca skąd można wybrać jedną z nich - Griftof lub Spica.



Na pierwszy strzał wybieramy GRIFTOF. Pod górę jadziemy z napotkaną ekipą G3Riders więc jest raźniej. Trasa przebiega tak spokojnie pośród lasu, że każdy tutaj da radę. 



Na szczycie chwilę odpoczywamy i przygotowywujemy się do zjazdu. Ustalamy w jakiej kolejności ruszamy żeby później każdy zachował odpowiedni odstęp. 


Jak tylko jadę w dół to pojawia się u mnie tradycyjnie uśmiech od ucha do ucha :D



Widoki i ta zieleń zwalają z nóg, a w tym przypadku z roweru. Osoby, które budowały tą trasę musiały włożyć w to wszystko niesamowicie dużo wysiłku i przede wszystkim serca.



Jeden zjazd za nami. Każdy wymienia się spostrzeżeniami i kręcimy w górę jeszcze raz.



Zjazd Griftof na początku wiedzie przez las. Jest tu mnóstwo zakrętów i agrafek. 


Po wyjechaniu na polanę zaczynają ukazywać się coraz to lepsze widoki. 




Zatrzymujemy się na chwilę i podziwiamy panoramę dookoła. 



Oczywiście główną rolę odgrywają tutaj słynne Trzy Korony - najwyższy szczyt Pienin Środkowych.




Po dwóch zjazdach następuje zmiana. Kolejna trasa to SPICA. Tutaj podjazd jest znacznie szybszy, ale też wymagający większego wysiłku. 



Jeżeli chodzi o trasy to Griftof jest fajniejszy pod względem technicznym od Spicy. Natomiast jeśli chodzi o widoki to Spica wygrywa. Zresztą sami zobaczcie na zdjęciach, a najlepiej to wybierzcie się tam osobiście.




Ekipa konkretna, ale i tak brakowało tu mojego Rowerzysty. Ktoś jednak musiał pilnować Michałka ;). Ciekawe kiedy będziemy kręcić razem.



W dolnych częściach trasy napotykamy wypasające się krowy i właśnie wtedy gdy zjeżdżałam w dół pojawił się pomysł, że wpis będzie mieć tytuł "Enduro na pełnym wypasie". Oczy trzeba było mieć szeroko otwarte żeby nie trafić na jakieś nie miłe niespodzianki w postaci "placków". 



Na koniec miało być ognisko, ale czas nas trochę gonił i trzeba było z tego pomysłu zrezygnować. Kiedy dotarłam na parking gdzie mieliśmy zostawione samochody trwała ożywiona dyskusja kolegów na temat tego kto w co wjechał :D Chyba jako jedyna nie zważałam na to uwagi i po prostu cieszyłam się, że mogłam spędzić ten dzień na rowerze.



Kiedy tylko wsiadam  na rower czuję się całkowicie wolna. W momencie gdy przekraczam próg domu tryb matka odpala się automatycznie. Byłam tak stęskniona za Misiem, że nawet jakby spał to bym go obudziła :D  

Jeżeli tylko szukacie pomysłu na to jak spędzić dzień to chyba już wiecie jaki wybrać kierunek! Na pewno nie pożałujecie!

Więcej informacji na temat tras znajdziecie na FB na stronie
Singletrails Lechnica


Zapraszam jeszcze na wpis z mojego wcześniejszego wypadu: 
Trance Elegance czyli Enduro w Lechnicy

Pozdrawiam
Kamila :)

wtorek, 17 kwietnia 2018

Rowerowe wariacje na temat Pasma Łososińskiego w Beskidzie Wyspowym.

Ostatnio wpadł mi do głowy pomysł żeby przebiec całe Pasmo Łososińskie, a później wrócić na stopa tak jak zrobiłam to kiedyś. W pewnym momencie jednak mnie olśniło"Ej dziewczyno przecież ty masz rower!" Zadzwoniłam do kolegi i przedstawiłam mu plan działania, a że protestów nie zgłaszał to już następnego dnia o wyznaczonej godzinie się spotkaliśmy. Zawsze to on się spóźniał, a teraz to jest moja domena...ale co poradzić jak mililitry mleka musiały się zgadzać.

Nie jest tak źle - tuż przed 11 wyruszyliśmy z miejscowości Laskowa. Kierujemy się czarnym szlakiem na górę Korab. Przed nami długi asfaltowy podjazd, który momentami jest bardzo stromy. Z racji, że bywałam tutaj już wcześniej wiem jak rozłożyć siły, a Bartek jedzie jak szalony. 



Po około godzinie docieramy na Korab. Na górze umiejscowiony jest cmentarz wojenny nr 359 - Jaworzna. Pochowano na nim 33 żołnierzy austriackich poległych w I wojnie światowej. Ich nazwiska nie są znane. 




Przy cmentarzu znajduje się dość duża polana, która jest dobrym punktem widokowym na Kamionną, Pasmo Łopusze - Kobyla i głęboką dolinę rzeki Łososina. Znajduje się tam również stół z ławkami więc robimy chwilę przerwy. Nie ma jednak co długo siedzieć bo kolejne górki przed nami. Z Korabu jest fajny zjazd czarnym szlakiem do Laskowej, ale my wracamy spowrotem do tego skrzyżowania ze zdjęcia powyżej i  jedziemy dalej na Sałasz.



Czarny szlak w pewnym momencie krzyżuje się z niebieskim i to właśnie nim będziemy się poruszać. Kiedy jedziemy już typowo po Paśmie Łososińskim kilometry upływają w przyjemnym tempie. Słońce tego dnia mocno dogrzewało, ale lekki wiatr w lesie dawał poczucie ochłodzenia.







Nie wiem nawet kiedy zdobyliśmy kolejną górę. Jaworz zwany również Kretówką (921 m n.p.m.) jest najwyższym szczytem Pasma Łososińskiego. 



Na północno-wschodnim zboczu góry, na wysokości około 870 m znajduje się częściowo zasypana "Jaskinia w Jaworzu", w przewodnikach nazywana "Jaskinią Zbójecą". Jest to dwumetrowa studnia prowadzącia do stromej pochylni, jej długość to około 16 m, a głębokość - 5 m. Podania ludowe wiąże jaskinię z kryjówką zbójców, opowiadano o podziemnych przejściach i przeciągach gaszących świece.



Z Jaworza jest dosyć stromy zjazd. Full sprawdziłby się tutaj idealnie, ale sztywny rower, którym jechałam w tym dniu też dawał radę...znaczy się ja dawałam radę :D W pewnym momencie załączył mi się tzw. tryb matka. Przecież tutaj nie było tak stromo, a co jak się wywalę?  Żeby nie było, że takie jajko ze mnie...zjechałam :)



Poniżej szczytu na polanie znajduje się wieża widokowa oraz wiata gdzie można usiąść i zapalić ognisko. Można stąd zobaczyć piękną panoramę Zalewu Rożnowskiego oraz Tatr.



W oddali widać przekaźnik na górze Chełm. O tej górze będzie w kolejnym wpisie :)



"Jeszcze 3 schody" - nie ma to jak odpowiednia motywacja. Takie hasło ktoś umieścił na jednym ze schodów wieży.



Bartek został na dole, a ja postanowiłam wspiąć się po tych stromych schodach żeby porobić dla Was zdjęcia. Tak więc lepiej to doceńcie! ;)











Z Jaworza jedziemy kamienistą drogą, która później zmienia się w bardzo gładką i momenrami nawet piaszczystą nawierzchnię. Po niecałych 10 minutach jesteśmy na szczycie Babia Góra ( 728 m n.p.m.). Gdyby nie to, że po lewej stronie znajduje się tabliczka informacyjna to pewnie nawet byśmy nie wiedzieli, że to jes jakiś szczyt. Miejsce to nie wyróżnia się niczym szczególnym oprócz tego, że ma taką samą nazwę jak Babia Góra ( 1725 m n.p.m.), która jest nazywana Królową Beskidów.



Asfaltową drogą dojeżdżamy do wsi Skrzętla - Rojówka. Z tego miejsca jeżeli skręcimy w lewo to żółtym szlakiem dotrzemy na górę Chełm. 



My jedziemy dalej niebieskim szlakiem na Just. Znak informuje o 2 godzinach, ale wiadomo, że na rowerze będziemy szybciej.



Zjeżdżając asfaltem w dół po lewej stronie mijamy stary i opuszczony budynek szkoły w Tęgoborzy.



Szkoła jest zamknięta, ale przez okna można dostrzec stare meble itp. Niestety miejsce to jest również strasznie zaśmiecone...



Kręcąc się przy budynku napotkaliśmy Pana, który dawniej się uczył. Śmialiśmy się, że na wagary to chyba za często nie mógł chodzić bo zaraz by go ktoś dopadł :)



Jadąc dalej mijamy przydrożną kapliczkę. Jedna z wielu po drodze, ale jakaś taka inna.



Będąc w tym miejscu można jechać żółtym szlakiem na Białowodzką Górę, ale o tym kiedy indziej. Jedziemy asfaltową drogą w lewo i dojeżdżamy do skrzyżowania łączącego miejscowości Wronowice i Świdnik. Przejeżdżamy przez drogę i prosto w górę. 



Docieramy na wzgórze Jodłowiec Wielki (482 m n.p.m.). Znajdziemy tutaj tablice informacyjne "Lotnicze Ślady w Karpatach". 



Nad kapliczką jest wiata i ławki więc można odpocząć :)



Przed nami piękne widoki na Jezioro Rożnowskie. 



Jedziemy kawałek ubitą drogą i już zaraz będziemy na miejscu. 





Przełęcz Św. Justa została zdobyta. Znajduje się tutaj drewniany kościółek, który jest uwzględniony w szlaku architektury drewnianej. Tworząc ten wpis zaczęłam się zastanawiać kim był ten cały Just - jakoś wcześniej się w to nie zagłębiałam. Była po prostu przełęcz Justa i po co drążyć temat.



Nazwa przełęczy pochodzi od pierwszego krzewiciela chrześcijaństwa na tych terenach - świętego Justa, który według ludowych przekazów na przełomie X i XI wieku miał pustelnię na jednym z wzgórz w okolicy przełęczy. Według tychże przekazów w okolicy mieszkało dwóch innych pustelników. Andrzej Świerad i święty Urban. Podobno porozumiewali się za pomocą umownych znaków wysyłanych ze szczytów gór. Ciekawe co to były za znaki? :)



Cel ociągnięty, ale jeszcze trzeba wrócić do domu. Drogą krajową wśród pędzących tirów dojeżdżamy do Łososiny Dolnej. Tutaj robimy przystanek pt. Biedronka. Kiedy uzupełniliśmy kalorie wracamy asfaltem do Laskowej. 

Trasa liczyła około 40 km. Była to dla mnie pierwsza większa jazda w tym sezonie. 

Czy wiecie, że moje pierwsze zawody rowerowe miał start z Przełęczy Św. Justa, a meta była na Miejskiej Górze w Limanowej? No to już wiecie :) Dodam, że to było w 2010 roku.




Pozdrawiam
Kamila ;)

P.S. Wpis powstawał przez kilka dni przy współpracy z moim śpiącym dzieckiem :) Dzięki Misiek, że w końcu mogłam to skończyć. Dla tych co mnie spisali już na straty taka informacja, że wracam do jazdy na całego :) Jeżeli dotrwaliści do końca to będzie mi miło jeśli udostępnicie wpis dalej. 

Ta sama trasa w wersji biegowej: KLIK