Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Niski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Niski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Majówka w Beskidzie Niskim na rowerze - 5 tras z pełnymi opisami i mapami :)

Przed nami długi weekend majowy. Kilka dni wolnych od pracy. Jest to doskonała okazja, aby odprężyć się i odpocząć od codziennych obowiązków i stresującej niekiedy pracy. Pomysłów jak spędzić majówkę jest mnóstwo. U mnie będą to propozycje oczywiście rowerowe. Pokażę Wam najlepsze trasy w Beskidzie Niskim. Miałam pisać jeszcze o Beskidzie Wyspowym, Beskidzie Żywieckim, Beskidzie Sądeckim, ale Beskid Niski tak mnie pochłonął, że postanowiłam, że lepiej opisać jeden porządnie niż wszystkie byle jak. Mam nadzieje, że Wam się spodoba i zainspiruję Was do tego żeby wybrać właśnie ten kierunek podróży. 

Zaczynamy!



Trasa zaczyna się i kończy w miejscowości Sękowa. Nawierzchnia to głównie asfalt, asfalt z dziurami oraz trochę górskich terenów, ale nie jakieś ekstremalne więc rower crossowy będzie tutaj idealny. Całość trasy liczy 135 km. Oczywiście można skrócić lub wydłużyć :) Po drodze mijamy Uzdrowisko Wapienne, które jest najmniejszym uzdrowiskiem w Polsce. Zobaczymy również charakterystyczne dla tego obszaru kiwony. Po drodze jest sklep więc jeśli tylko będzie otwarty będziesz mógł/a uzupełnić swoje zapasy. Wycieczka na cały dzień więc obiad porządny się należy i o tym też nie zapomniałam. Mapa i cała relacja: KLIK






Moje pierwsze spotkanie z Beskidem Niskim.  Pierwsze spotkanie i miłość od pierwszego zobaczenia. Niski? Skoro taki niski to pewnie będzie łatwo. Nie daj się temu zwieść to tylko pozory. Startujemy z uroczej miejscowości Izby - wieś położona u podnóża góry Lackowa. Góra ta nazywana jest często górą policyjną, a nazwę zawdzięcza swojej wysokości 997 m n.p.m. Będzie trochę ekstremalnie. Po drodze warto zatrzymać się w Pijalni Wód Mineralnych żeby ugasić pragnienie. Jeśli chcesz poczuć prawdziwego ducha Beskidu Niskiego to koniecznie zaglądnij do opuszczonych cerkwi, które niejedno pamiętają. Trasa liczy około 30 km. Mapa i pełna relacja: KLIK







"Jadąc rozglądam się na każdą stronę świata. Chce "pochłonąć" jak najwięcej tego magicznego świata. Beskid Niski za każdym razem robi na mnie coraz większe wrażenie. Przemierzając opuszczoną wieś i przydrożne cmentarze zastanawiam się jak żyli tamtejsi ludzie."

To tylko fragment z tej bajkowej trasy. Kozie Żebro, Jaworzyna Konieczniańska, Rotunda - trzy genialne zjazdy, po których uśmiech od ucha do ucha gwarantowany! Beskid Niski jest bardzo przyjazny dla rowerzystów.  Po drodze mijamy cmentarz wojenny nr 51, który robi niesamowite wrażenie. Będąc na tej trasie będziemy mieli bliski kontakt z naturą. Po drodze można spotkać konie, krowy, a i uważajcie na gęsi :D Oczywiście dobrego jedzenia nie zabraknie. Kiedy już będziecie wyczerpani po aktywnym dniu to koniecznie zrelaksujcie się nad Jeziorem Klimkowskim.
Cała relacja: KLIK







Uwaga! Tutaj będzie ekstremalnie. Ochraniacze na łokcie i nogi wskazane. Startujemy z miejscowości Jasionka koło Dukli. Nie pomylcie z Jasionką koło Gładyszowa bo co niektórym tak się zdarzyło. Jak jest dobra ekipa to i jazda przyjemniejsza. Zdobywamy górę Cergowa oraz Piotrusia. Zjazdy mega! Element edukacyjny na trasie musi być. Zaglądamy do Pustelni Św. Jana z Dukli żeby zobaczyć jak żył. Jeśli komuś jazdy będzie mało to zawsze można wyjechać na Cergową jeszcze raz tyle, że od innej strony. Ja tak zrobiłam i ten ostatni zjazd to była taka wisienka na torcie.
Relacja i mapa: KLIK






Ograniczenia i limity nie interesują mnie. Do tej pory pisałam Wam o wycieczkach na jeden dzień, ale przecież mamy długi weekend więc trzeba zaszaleć. Jedziemy na dwa dni! Wszystko co Ci będzie potrzebne będziesz mieć na plecach. Nie pakuj śpiwora - po drodze będzie nocleg. Naszą przygodą zaczynamy w miejscowości Wysowa, a co dalej? Cud, miód i malina - tego nie da się opisać to trzeba przeżyć. Odetnij się całkowicie od sieci i daj się ponieść urokom Beskidu Niskiego. Zanim jednak się odetniesz to przeczytaj wpisy żeby wiedzieć w którą stronę jechać. Przecież to nie jest takie oczywiste nawet jeśli jest to pętla :)








To już koniec tej wędrówki! Oczywiście jeżeli interesuje Was inny Beskid czy jakaś konkretna góra to po prawej stronie w wyszukiwarce na blogu wystarczy wpisać nazwę. Jeśli tam byłam to oczywiście relacja będzie dostępna.

Udanego wypoczynku.

Pozdrawiam
Kamila :)

wtorek, 23 października 2018

Kiwon - maraton o wodzie i kradzionych jabłkach :)

Co to jest Kiwon i jak to się wszystko zaczęło?

Kiwon jest to pompa służąca do pompowania ropy naftowej ze złoża mającego niskie ciśnienie własne. Kiwon jest to również bieg na orientację w Beskidzie Niskim i Pogórzu Karpackim. To właśnie o nim dzisiaj napiszę.

Jakieś pół roku temu mój mąż Mariusz niespodziewanie trafił na informację na temat biegu. Limit 100 osób. Bieg na orientację z kompasem, Beskid Niski - zapowiada się obiecująco! To co zapisujemy się? Krzyknął do mnie z pokoju. Pochłonięta obowiązkami domowymi z obojętnością odkrzyknęłam do niego "Zapisuj". Namówiliśmy jeszcze kilka osób żeby było raźniej. 

Czas płynął, a maraton zbliżał się coraz to większymi krokami. W piątek wieczorem pojechaliśmy do miejscowości Libusza gdzie mieliśmy nocleg, a następnego dnia w sobotę (13.10.2018 r.) znaleźliśmy się w miejscowości Rozdziele gdzie była baza zawodów. O ile wcześniej podchodziłam na luzie tak im bliżej było startu to zaczynałam odczuwać mały stres.  

Zapraszam na relację z maratonu. Podzieliłam ją na punkty żeby było bardziej przejrzyście :)

Strona maratonu: kiwon.towarzystwojastrzebiec.pl

Nasza ekipa w komplecie :)
Dystans:
Na Kiwonie mamy do wyboru dwie trasy:


  • TP15 – Idealna trasa dla osób rozpoczynających swoją przygodę z biegami na orientację, jak i dla tych co lubią szybką i ostrą rywalizację.
  • TP50 – Dystans przeznaczony dla najwytrwalszych zawodników.

Skoro na Kieracie przechodziliśmy po 100 km to co to jest jakieś 50 km. Dopiero z czasem do nas docierało, że Beskid Niski może pokazać swoje prawdziwe oblicze i dać nam niezły wycisk. Jak się powiedziało A, to trzeba było powiedzieć też B. Zatem do dzieła :)

Wszystkie osoby startujące na trasie 50 km.
Treningi:

W tym roku moje treningi były bardzo intensywne. Od lutego codzienne spacery, a później biegi. Z wózkiem oczywiście. Obciążenie wynosiło ponad 20 kg więc na Kiwonie jakoś tak mi było jakby lżej, ale podświadomie tęskniłam za moim słodkim ciężarem.




Pakiet startowy:

Nie wiem czemu, ale przyjęło się, że na zawodach biegowych musi być jakiś pakiet startowy. Na zawodach rowerowych dostajesz numerek na koszulkę i na rower, a po wyścigu musisz to oddać i wszyscy to akceptują. Co zawierał pakiet? Oczywiście numer startowy gdzie podbijało się zdobyte punkty. Koszulkę techniczną do biegania - na lato będzie idealna oraz broszury promujące region. Na miejcu każdy z uczestników mógł sobie zrobić herbatę/kawę i do tego przekąsić drożdżówkę. Biorąc pod uwagę fakt, że wpisowe wynosiło 50 zł to chyba oczywistym jest, że Organizatorzy musieli to robić tylko i wyłącznie z pasji. :)


Jedna wielka niewiadoma :)
Ekipa:
Limit zawodników wynosił 100 osób więc taki kameralny bieg. Nasza ekipa była dosyć spora bo liczyła aż 6 osób. Głównym dowódcą całej imprezy był Mariusz, który spisał się znakomicie :) Gdyby nie on to pewnie dalej bym jeszcze siedziała w lesie...ewentualnie byłabym już zjedzona przez wilki.



Opracowanie trasy.
Mapa:

Pół godziny przed startem dostaliśmy mapę. Zanim jednak to nastąpiło odbyła się odprawa techniczna. Później wszyscy byli zajęci opracowaniem najlepszej strategii pokonania trasy. Kolejność zaliczania punktów była dowolna.




Początkowe punkty zdobywaliśmy jeden za drugim. Ekstremalnie zaczęło się kiedy od jednego do następnego dzieliło nas około 8 km.


Pierwszy punkt znaleziony.
Punkt zlokalizowany przy jasknini. 

Punkt przy wodospadzie.
Woda i wyżywienie:
Na dwóch punktach na trasie miała być woda. Niestety jakoś nie udało nam się na nią trafić. Sklepów po drodze też brak więc to co mieliśmy ze sobą miało nam wystarczyć na całą drogę. Upał był niemiłosierny więc wiadomo, że woda była towarem pożądanym. Po drodze trafiliśmy na studnie. Oczywiście tankowanie do pełna. Kolejny raz wodą poratowała nas pewna pani, która wyniosła nam dwa wiadra wody. Zwykła woda, a cieszy. Późnym wieczorem przy chyba szóstym punkcie trafiliśmy na dwa pięciolitrowe baniaki z wodą. W tym momencie to już nas nie ratowało. Jak wyglądało jedzenie na takiej trasie? Dzień wcześniej przygotowałam sobie kanapki z kotletem - wszystko było jedzone w ruchu ponieważ nie było nawet chwili żeby spokojnie zjeść. Idąc pod Magurę Małastowską gdzie droga nie miała końca dopadł mnie kryzys. Moim marzeniem w tym momencie były żelki. Na szczęście Asia w swoim 5 litrowym plecaku ma wszystko. I tak ja dorwałam paczkę żelek, a kolega banana. I dziwić się, że na koniec Asi brakło sił jak taka szarańcza rzuciła się na to co miała. Gdy mijaliśmy jakąś jabłonkę to zbieraliśmy jabłka żeby chociaż na chwilę oszukać głód. Można powiedzieć, że kiwon przeszliśmy o wodzie i kradzionych jabłkach. A jak wiecie kradzione nie tuczy więc po Kiwonie moja waga spadła zdecydowanie w dół.




Ból:

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Od bólu fizycznego gorszy bywa ból psychiczny. Kiedy dopada cię kryzys i zastanawiasz się co ty właściwie tutaj robisz? Po co znowu na takie coś poszłam? Czy nie lepiej było sobie siedzieć w domu i wylegiwać się na kanapie? Do tego jeszcze buty zaczęły uwierać. Okazało się, że chyba powinnam mieć ciut większe. 

Upór:

Kiedy coś zaczynam muszę to skończyć. Na maratonie Kiwon punkty były zlokalizowane w takich miejscach, że naprawdę nie opłacało się rezygnować. Podbijasz punkt, a dookoła tylko las. W jednym miejscu naszła mnie myśl, a może jednak odpuszczę i wrócę do bazy na stopa. Asia, która to usłyszała kazała mi zamilczeć bo znając nas chwila moment i kciuk powędrowałyby w górę, a znając nasze doświadczenie w łapaniu stopa to raz dwa byłybyśmy w bazie zawodów. Wiem, że później byśmy tego gorzko żałowały.




Przed nami długa droga.

Pogoda:

Pogoda była wymarzona. Złota polska jesień na całego! Nie chce nawet myśleć jakie byłoby błoto gdyby był deszcz.

Ubiór:

Kiedy w sobotę wstaliśmy już po godzinie 05:00 było naprawdę zimno. Do końca nie byłam przekonana jak się ubrać na ten bieg. W ostateczności założyłam długie legginsy i jak słońce przygrzało myślałam, że je rozszarpię scyzorykiem, ale było mi ich szkoda. Następnym razem na taką imprezę ubieram krótkie spodenki i długie skarpetki żeby ochronić nogi przed podrapaniami. Jeśli chodzi o plecak to mój rowerowy, który na dwa kółka jest genialny przy biegu totalnie się nie sprawdził. Cały czas czułam jak podskakuje, a jego ramiona uwierają mi o szyję. Co jak co, ale ubiór musi być przemyślany bo w moim przypadku potrafi mnie to całkowicie rozproszyć.


Jesień na całego.
Jeden z punktów przy Cmentarzu Wojennym.



W końcu jakiś szczyt.
Widoki:

Beskid Niski o każdej porze roku zachwyca. Jesień w górach jest niesamowita!




Pies:

Na około 15 km przybłąkał się do nas pies. Ochrzciliśmy go Kiwon. Za nic nie dał się odgonić więc przemierzał z nami całą trasę co jakiś czas znikając gdzieś za drzewami. Był bardzo wytrwały. Po dotarciu na metę oczywiście poinformowaliśmy o psie, ale niestety nie wiem jak potoczyły się jego dalsze losy.






Walka z czasem:

Limit czasu na trasie 50 km wynosił 12 godzin. Ostatnie 2 godziny pomimo ogromnego zmęczenia pokonaliśmy biegnąc. W rzeczywistości wyszło około 60 km. Niestety na mecie pojawiliśmy się z opóźnieniem około 13 minut i przez to dostaliśmy karne 10 godzin. Jeżeli ktoś nie zaliczył jakiegoś punktu to wtedy kara czasowa wynosiła 3 godziny.



Meta:

Kiedy przekroczyłam linię mety i wiedziałam, że nie muszę już biec myślałam, że zaraz się przewrócę. Na mecie bardzo miło przywitali nas organizatorzy oraz inni uczestnicy, którzy dotarli już wcześniej do bazy. Na każdego czekał złoty trunek. Do tego obiad: ziemniaki, kotlet i buraki. Nie byłam jednak w stanie zjeść kotleta bo cały dzień mi towarzyszył w moich kanapkach. Myślałam, że po drodze obrócimy się na jakąś zupę, ale nie było już na to czasu.



Wyniki:

Kiedy rano o godzinie 08:00 wyruszyliśmy w trasę wiedziałam, że muszę to skończyć choćby nie wiem co. Trochę z pobłażaniem podeszłam do tego "50 km? Co to jest? Przecież po 20 km to ja śmigam z wózkiem" Takie było moje podejście...kiedy następowały kryzysy nabierałam większej pokory. "Co ja tutaj robię? Powinnam siedzieć w domu z dzieckiem, a nie po krzakach mi się znowu zachciało chodzić". Wiedziałam jednak, że muszę skończyć bo co mu powiem jak dorośnie? Niech nie myśli, że matka osiadła na laurach...Będąc już na mecie dowiedziałam się, że przed nami tylko 5 osób pokonało trasę w całości. Oznaczało to dla mnie, że razem z Asią będziemy mieć miejsce na podium. Nic takiego jednak nie nastąpiło...Może to ja coś źle usłyszałam. Jednak i tak radość z pokonania trasy była ogromna. Po kilku dniach na stronie pojawiły się wyniki. Po głębszej analizie i przeczytaniu regulaminu wiedziałam, że coś mi się nie zgadza. Po konsultacji z Organizatorami okazało się, że razem z Asią jednak jesteśmy drugie, a nie czwarte. Czyli podium jest nasze :) Mężczyźni natomiast przeskoczyli z błędnej pozycji 11 na 5 miejsce. 

Gdy zaczynał się sezon 2018 obiecałam sobie, że zdobętę puchar dla Michałka. Ostatnio przecierając swoje trofea z kurzów uświadomiłalm sobie, że właśnie tego dokonałam. Mam nadzieje, że puchar dotrze do mnie pocztą :)

Ktoś powie, że nie liczy się puchar tylko dobra zabawa! Owszem liczy się dobra zabawa, ale nutka rywalizacji też musi być. W przeciwnym razie nie nazywałoby się to zawodami!



Czy wystartuję za rok?

Jeżeli zadalibyście mi to pytanie podczas maratonu powiedziałam NIE - Koniec z takimi rzeczami. Kiedy jednak emocje opadną to zmienia się nastawienie i już tylko pojawiają się myśli gdzie by tu wystartować. 

W imieniu swoim jak i ekipy dziękujemy Organizatorom za KIWON :)

Pozdrawiam
Kamila :)

niedziela, 9 września 2018

Beskid Niski w wersji CROSS ;)

Jakiś czas temu postanowiliśmy zrobić dłuższą wyprawę rowerową. Późnym wieczorem zaczęłam przygotowywać prowiant czyli niezawodne kanapki z kotletem. Pobudka po godzinie 06:00 i jazda. Po drodze zgarniamy jeszcze naszego kolegę. 

Z Limanowej jedziemy samochodem do miejscowości Sękowa - to właśnie stąd rozpoczniemy naszą przygodę. Na parkingu postanawiamy zjeść śniadanie jak za dawnych lat. W ostatniej chwili wychodząc z domu udało mi się jeszcze zrobić herbatę do termosu. 



Będąc na parkingu po drugiej stronie ulicy mamy widok na ogromny pomnik. Jest to pomnik Władysława Długosza, który był przedsiębiorcą, Senatorem RP, ministrem do spraw Galicji, właścicielem majątki w Siarach i pionierem polskiego przemysłu naftowego. Pomnik waży aż 5 ton i został wykuty z piaskowca. Obok w zamkniętym pomieszczeniu znajdują się tablice opisujące historie przemysłu naftowego.



Karpacki Szlak Rowerowy jest to projekt realizowany przez Sądecką Organizację Turystyczną i 35 gmin w Małopolsce. Wszystkie trasy mają łącznie długość ok. 800 km. Karpacki Szlak Rowerowy dzieli się na szlak główny i kilka szlaków łącznikowych. Oto one: 
- Szlak główny,
- Sądecki Szlak Rowerowy
- Wielokulturowy Szlak Rowerowy
- Rowerowy Szlak Winny
- Rowerowy Szlak  Historycznym Traktem Królewskim
- Transgeniczny Szlak Rowerowy
- Pogórzański Szlak Rowerowy

Więcej informacji znajdziecie na stronie: SOT




Panowie od samego początku nadali niezłe tempo. Musiałam się nieźle sprężać żeby nie zostawać gdzieś w tyle.



W miejscowości Wapienne znajduję się Uzdrowisko.  Spośród polskich uzdrowisk jest najmniejsze - nie mniej historia miejscowości sięga już XVI w., natomiast same walory lecznicze wód odkryto w XVII w. Na początku XIX w. kurowali się tutaj m.in. wracający z pod Moskwy żołnierze Wielkiej Armii Napoleona. Obecnie w uzdrowisku eksploatowane są dwa ujęcia wód" "Kamila" i "Marta", których zdrowotne walory wykorzystywane są bezpośrednio w lecznictwie.

Nie ma to jak mieć wodę o własnym imieniu ;)


Park obok Uzdrowiska.
Jadąc podziwialiśmy widoki charakterystyczne dla Beskidu Niskiego.



W jednym z parków zrobiliśmy sobie małą przerwę na odpoczynek oraz podjechaliśmy zobaczyć kiwon. O kiwonach będzie trochę później.



Przy wjeździe do Magurskiego Parku Narodowego należało zakupić bilet pozwalający na wjazd. Budka z biletami była zamknięta więc jak? Pracownik parku, który pełnił wartę przy szlabanie sprawdzał czy sms został wysłany. Totalny absurd...wyobraźcie sobie dziesiątki ludzi, którzy "łapią" zasięg żeby można było wysłać sms. W końcu się udało i  na naszych telefonach pojawił się numer biletu.



I weź tu idź w góry bez telefonu :)

Przed nami długa droga. Niby to asfalt, ale bardzo podziurawiony więc czas jazdy znacznie się wydłuża.




W tym samym dniu w Beskidzie Niskim odbywał się Ultramaraton Magurski o czym świadczyły różowe taśmy rozwieszone na drzewach.







Skoro strzałki tak pokazują to jedziemy "Tędy" :)





W miejscowości Kąty będąc w sklepie moim oczom ukazała się taka torba na zakupy. Ewidentnie tam na mnie czekała.



Po napełnieniu bidonów wodą ruszamy w dalszą drogę. Przed nami zaczyna się podjazd na Grzywacką Górę nad Kątami (567 m n.p.m.). Upał był niemiłosierny więc co jakiś czas trzeba było złapać oddech.



Mój Mąż jak to on popędził gdzieś z przodu, ale na szczęście miałam towarzystwo kolegi Adama.



Po dotarciu na szczyt naszym oczom ukazuje się taka oto konstrukcja wieży. Jest to stalowa rura wokół, której poprowadzono kręte schody do platformy widokowej znajdującej się 12 metrów nad ziemią. Ponad platformą wznosi się 7 metrowy krzyż milenijny.



Przy wietrznej pogodzie daje się odczuć, że konstrukcja trochę kiwa się na boki.



Jakieś wyznania na barierkach...



Widoki z wieży rozpościerają się na cztery strony świata.






Na wschodzie możemy dostrzec najbardziej znaną choć nie najwyższą górę Beskidu Dukielskiego czyli Cergowa. Góra ta pojawiała się już w moich wcześniejszych wpisach: PRO Beskid Niski - Cergowa i Piotruś ;) Jest to wersja wycieczki bardziej enduro więc zapraszam.





Widoki są naprawdę piękne, ale czas nas goni, a przed nami jeszcze sporo km.



Powoli zaczyna nam doskwierać głód. Zatrzymujemy się w miejscowości Chyrowa i udajemy się na obiad.



Wybraliśmy Gościniec, gdzie znajduje się wyciąg narciarski. Jedzenie jest smaczne i ceny też bardzo przystępne.



Po drodze mijamy Cerkiew Opieki Bogurodzicy w Chyrowej, która została wzniesiona w XVIII w. Obecnie jest to kościół pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny.



Wystarczyło, że na chwilę zatrzymałam się żeby zrobić zdjęcia i już musiałam doganiać towarzystwo bo potrafili być ze 100 metrów przede mną. Tak według nich wygląda wspólna wycieczka ze zwiedzaniem cerkwi.



W miejscowości Polany przejeżdżamy obok kościoła pw. Matki Boskiej Częstochowskiej - dawniej była to cerkiew.



We wsi Ropianka zatrzymujemy się przy kiwonie. Co to jest ten Kiwon? Jest to pompa służąca do pompowania ropy naftowej ze złoża mającego ciśnienie własne. 




W Ropiance w latach 1855-1888 działała Praktyczna Szkoła Wiercenia Kanadyjskiego, której założycielem i kierownikiem był wynalazca, powstaniec styczniowy inż. Zenon Suszycki. Była to jedna z pierwszych na świecie zawodowych szkół wiertniczych. Kształciła specjalistów w zakresie wierceń udarowych. W 1888 r. placówkę tę przeniesiono do Wietrzna, a przy końcu XIX w. do Borysławia. We wsi wybudowano obelisk upamiętniający pierwszą w Polsce i Europie szkołę wiertniczą.






W Beskidzie Wyspowym takie widoki już są coraz mniej spotykane...



Po dotarciu do miejscowości Krempna robimy zaopatrzenie w sklepie ponieważ prawdopodobnie jest to ostatni sklep jaki napotkamy na naszej trasie. W oddali słychać gwar imprezy biegowej czyli wspomnianego wcześniej Magurskiego Ultramaratonu.



W Beskidzie Niskim na każdym kroku można napotkać niszczejące kapliczki.



Po drodze M. pyta mnie czy dam radę jechać dalej czy skracamy trasę...jak to mam nie dać rady? Skąd taki pomysł? Postanawiam zamilczeć, a energię przeznaczyć na jeszcze bardziej intensywne kręcenie. A tak naprawdę to strzeliłam focha i się nie odzywałam :D







Przekraczamy granicę. Jesteśmy na Słowacji.



Naszym oczom ukazuje się zupełnie inny świat. Przejeżdżając przez niektóre wioski bieda aż piszczała. Zastanawialiśmy się co robią ci ludzie na co dzień i z czego się utrzymują.





Asfalt i jeszcze raz asfalt, a końca nie widać. Dopadają mnie małe kryzysy czy oby na pewno uda się dojechać.



Na szczęście po drodze była "Tanja wódka" więc humor od razu poprawiony. Adam już nie mógł się doczekać kiedy odwiedzimy to miejsce. W tym samym miejscu byliśmy dokładnie 3 lata temu podczas dwudniowej wyprawy w Beskid Niski: Sercu Bliski Beskid Niski - rowerowa wyprawa częścII



Przekraczamy granicę.  W miejscowości Konieczna mijamy punkt straży granicznej - obecnie opuszczony budynek, który powoli zaczyna niszczeć.



Moje palce kolejny raz zaczynają drętwieć. Muszę je jakoś rozprostować. Przed nami jeszcze jeden długi podjazd po serpentynach i będziemy na parkingu.



Po pokonaniu wszystkich wzniesień zaczynamy zjazd z Małastowa. Myślałam, że raz dwa zjedziemy i będziemy przy samochodzie, a tutaj droga jeszcze trochę się dłużyła. Pokonaliśmy 135 km. Był to mój rekord jeśli chodzi o długość trasy. A jaki jest Twój rekord? :)



Mapa z  przebiegiem trasy:




Zobacz również moje inne wpisy z Beskidem Niskim w roli głównej :)

Beskid Niski "bajkom" bliski :)

Pozdrawiam
Kamila :)