Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kierat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kierat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 czerwca 2018

XV Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy Kierat 2018

Emocje po maratonie Kierat już opadły i znowu musimy czekać kolejny rok.

Co to jest ten Kierat? Pisałam już o tym na blogu wielokrotnie, ale dla niewtajemniczonych mała ściągawka:


Trasa: Beskid Wyspowy, Beskid Makowski
Długość: 100 km non stop
Limit czasu: 30 godzin
Suma podejść: 4000 m

To tak w wielkim skrócie. Zapraszam na moją relację :)
Niektórzy ludzie z niecierpliwością oczekują na Sylwester i na to co przyniesie Nowy Rok. W naszym domu rok jest liczony od Kieratu do Kieratu. Już od kilku miesięcy wcześniej dało się słyszeć pytania z otoczenia "Idziesz na Kierat?".


Plan mojego Męża na rok 2018: pokonać trasę 100 km w czasie poniżej 20 godzin.

Mój plan: wystartować!

Dawniej zastanawiałam się ile kilometrów uda mi się pokonać. Tym razem moją głowę zaprzątała myśl czy uda mi wystartować? Największym pytajnikiem było dla mnie kto zostanie wtedy z dzieckiem. Na szczęście Babcia, Dziadek i Ciocia przejęli moje małe szczęście i mogłam ruszyć.



Jedziemy odebrać pakiety startowe.
"Dziadek Kierat" czyli Pan Andrzej Sochoń - budowniczy trasy i sędzia główny maratonu Kierat.

W piątek tuż po godzinie 11:00 pojechaliśmy do biura zawodów w Słopnicach. Czas na otwarcie spędziłam na pogaduchach to tu to tam, a  M. niecierpliwie czekał, aż zobaczy mapę. O godzinie 12:00 biuro zostaje otwarte. Wchodzimy jako jedni z pierwszych, a tuż za nami zdążyła się utworzyć długa kolejka oczekujących.

Ku radości M. trasa przebiega mniej więcej tak jak przypuszczał i tam gdzie trenował. Ja w tym roku nie obstawiałam nic - moimi jedynymi "treningami" były codzienne spacery z wózkiem i kilka wycieczek rowerowych. 
Pakowanie na Kierat? Dwie godziny przed startem zaczęłam upychać wszystkie rzeczy do plecaka. Oczywiście jak co roku okazało się, że jest tego za dużo i musiałam zabrać większy plecak. Wychodzę z założenia, że lepiej jest mieć swobodny dostęp do rzeczy niż za każdym razem wszystko wypakowywać z mniejszego.


Po 17:00 wyjeżdżamy z domu. Buziak dla Misia i w drogę - to była pierwsza noc gdzie został beze mnie. Oczywiście ja to bardziej przeżywałam bo przecież on się świetnie bawił :). 
Przed startem nastąpiła odprawa techniczna i można było ruszać w drogę. W tym roku oboje z M. startowaliśmy, ale nie razem co dla niektórych osób było sporym zaskoczeniem bo jak to tak.

W oczekuwaniu na start :)
M. ruszył biegiem, a ja z Koleżankami Kingą i Gosią znacznie spokojniejszym tempem. Do punku pierwszego idziemy bez błędnie - za bardzo nie ma możliwosći żeby się zgubić bo idzie około 700 osób więc ktoś gdzieś zawsze się przewija.



Po jakimś czasie pierwszy punkt zaliczony. Zdążyłam się już trochę rozgrzać więc idzie się znacznie lepiej. Ludzi też jakby coraz mniej.




Do punktu drugiego idziemy praktycznie cały czas same. W pewnym momencie jakby z czterech stron świata zeszli się ludzie. Co się okazuje? Wszyscy pobłądzili. Zaczęło się intensywne dumanie. My stwierdzamy, że odbijamy w krzaki i na przełaj. Po chwili udaje nam się znaleźć właściwą drogę. Dumne jak paw idziemy dalej. Trzeci punkt po wielu trudnościach w końcu odnaleziony.



W drodze na 2 punkt.



Kiedy znajdujemy się na trzecim punkcie jest dokładnie północ. Zakładam bluzę bo zaczyna mi się robić chłodno...zaraz jednak emocje mnie rozgrzeją. Idę trasą, którą wyznaczył mi M. W pewnym momencie docieramy do takiego miejsca, że ktoś o zdrowych zmysłach nawet nie pomyślałby, że tam jest jakaś ścieżka. Dzwonię do M., ale oczywiście jego telefon jest wyciszony. Wybieram więc nr do Asi żeby zapytać czy przechodzili przez takie zarośnięte coś. Odpowiedź brzmi tak więc już bez chwili zastanowienia można ruszać. Po drodze towarzyszy nam Pan Janusz, z którym później będziemy się mijać co jakiś czas na trasie.


Po wielu trudach 3 punkt zdobyty.
W drodze na 4 punkt Gosia podejmuje decyzje, że jednak schodzi z trasy bo niedawna kontuzja kolana postanowiła się odezwać. Wiecie co? Szacun dla niej! W tamtym roku przejechała trasę Kieratu na rowerze. Teraz też miała startować, ale towarzysz wycieczki się wycofał więc zdecydowała, że idzie razem z nami na nogach. Wróciła z pracy i w ciągu 20 minut już była gotowa do wyjścia. I niech ktoś powie, że kobiety to słaba płeć...

Czwarty punkt czyli Baza Szkoleniowo - Wypoczynkowa "Lugoboszcz" zostaje zdobyta. Razem z Kingą robimy sobie tutaj dłuższą przerwę. Ta dłuższa przerwa to z mojego powodu. I tutaj muszę się do czegoś przyznać. Korzystałam z pomocy osób trzecich co jest absolutnie zabronione. W bazie na Lugoboszczy czekał na mnie pewien tajemniczy pakunek, a mianowicie mój przyjaciel laktator. Siedząc i zajadając bułki okazało się, że zgubiłyśmy po drodze papierową mapę, a Gosia jak schodziła do drogi głównej to ją znalazła. Bierzemy mapę od sędziów i robimy zdjęcia telefonem. Kingę dopada mały kryzys spowodowany brakiem snu, a we mnie budzi się wola walki choćby nie wiem co. Pocieszam ją, że zaraz będzie jasno to i myślenie wróci. I miałam rację.


Z bazy Lugoboszcz wychodzimy w towarzystwie trzech chłopaków. Zawsze to raźniej. Okazuje się, że są z Nowego Sącza! W końcu ktoś miejscowy bo tak to sama Warszawa, Poznań, Gdańsk itd. Szybko łapiemy wspólny temat jakim są rowery.


Idziemy do punktu piątego czyli do słynnej góry Szczebel gdzie nachylenie potrafi wynosić nawet 45 stopni. Moje pierwsze spotkanie z tą górą było jakieś 8 lat temu kiedy na Kieracie w nocy dosłownie się tam czołgałam. Moje łzy mieszały się wtedy ze spadającym deszczem.


Zawsze to  ktoś nawigował na Kieracie. Tym razem była to moja rola. Chyba to mnie "trzymało przy życiu" bo nie miałam żadnego kryzysu. Po prostu czułam się za coś odpowiedzialna. Na Szczebel idziemy praktycznie bezbłędnie. Droga co prawda trochę się dłuży, ale o dziwo mam tyle siły, że mogłabym biec. 
Około godziny 5 rano zdobywamy 5 punkt. W tym miejscu nie opłaca się nawet rezygnować bo i tak trzeba zejść jeszcze sporo km do głównej drogi. Więc trzeba iść dalej. Razem z Kingą ruszamy żeby nie tracić czasu, a pozostali jeszcze zostają. Po chwili i tak spotykamy się w jednym miejscu bo miałam chwilowe zaćmienie i zaczęłam schodzić złą drogą.


Na szczycie góry Szczebel.









Droga ze Szczebla nie była usłana różami. Raczej powiedziałabym, że kamieniami i głazami. Kinga zaczyna zastanawiać się nad rezygnacją...czas nas trochę zaczyna gonić i patrzymy, o której będzie zamknięty następny punkt. Przeliczając okazuje się, że czasu nie mamy za wiele. K oraz napotkana ponownie ekipa z Sącza się wycofuje. Pytam jeszcze czy ktoś nie ma ochoty iść dalej, ale wszyscy kategorycznie odmawiają. Co ze mną? Podejmuję taką decyzję, że chyba sama po sobie się tego nie spodziewałam. Idę dalej. Sama ze swoimi myślami. Uwierzcie mi, że w środku to się we mnie gotowało. Miałam trzymać się linii, którą wyznaczył mi M., a za nic nie mogłam znaleźć żadnej ścieżki. W końcu ruszyłam na przełaj. Byłam tylko ja i las. Żałowałam, że M, nie może mnie zobaczyć w akcji bo pewnie byłby dumny. Nie oszukujmy się, ale nawigacja na Kieracie to podstawa. Do tej pory to zawsze ktoś nawigował więc Kamilka sobie szła spokojnie nie przejmując się niczym. Kiedy znalazłam się na właściwej trasie poczułam ulgę. Zaczęłam biec żeby nadrobić stracony czas. Musiałam zadzwonić do Sędziego, że spóźnię się trochę - bo jeśli by zamknęli punk, a ja nie podbiłabym karty to mój wysiłek poszedłby na marne.


W jeszcze jednym miejscu trochę błądziłam w trawach i pokrzywach sięgających po ramiona. W końcu udaje się zejść do drogi. Przecinam ją pod wiaduktem i dalej już bezbłędnie do celu. Robienie zdjęć było ostatnią rzeczą o jakiej wtedy myślałam więc musicie użyć wyobraźni.



Widząc ten most wiedziałam, że jestem "uratowana"


Na punkcie 6 sędziowie dostrzegają mnie już z daleka. Wiedzą, że to właśnie na mnie jeszcze czekają. Z punktu nr 6 zabieram się w towarzystwie Angeliki i Piotrka, którzy mieli już pokonanych trochę nadprogramowych kilometrów na tzw. błądzenie :D. Idziemy opowiadając wrażenia z trasy. Takie gadanie na trasie jest niebezpieczne bo w pewnym momencie poszliśmy za daleko i bez potrzeby zrobiliśmy na mapie takiego zygzaka, a wystarczyło myśleć i iść prosto. W jednym miejscu trochę błądzimy. Emocje już sięgają zenitu ponieważ każdy jest zmęczony. Stwierdzam, że niech się dzieje co chce biegnę znowu sama na przełaj. Dobiegam do rzeki i tam przechodzę przez chwiejącą się kładkę modląc się żeby nie wpaść do rzeki. Dobiegam do szkoły w miejscowości Krzczonów. Karta podbita. Na mecie ku mojej radości znajduje się Pan Andrzej Sochoń - budowniczy całej trasy.





Na 50 km czyli półmetku trasy kończę swój tegoroczny Kierat 2018. Niestety czas nie pozwala na to żeby iść dalej ponieważ nie zdążyłabym już na kolejne punkty. W tym roku pogoda była wymarzona i żałuję, że nie pokonałam 100 km. Ten Kierat nauczył mnie wiele. Przede wszystkim tego, że powinnam bardziej sobie ufać i w siebie uwierzyć.



Na punkcie 7 czyli mojej mecie :)
Jak wróciłam z Kieratu?

Zakończyłam w miejscowości Krzczonów czyli jakieś 50 km od Limanowej. Dzwonić po kogoś i zawracać głowę w sobotę trochę mi nie pasowało. Postanowiłam więc złapać stopa. Sprawa nie była taka prosta bo o wiele łatwiej jest złapać kiedy masz na sobie sukienkę i pięknie rozwiane włosy. Na szczęście urok osobisty zadziałał i za chwilę jechałam do miejscowości Lubień. Od słowa do słowa okazało się, że jadę z Panem, którego pasją jest rower, a żeby było śmieszniej to jeździ w tym samym klubie co ja. I niech mi ktoś powie, że świat nie jest mały. Później jeszcze dwóch kierowców i na koniec z Kolegą dotarłam do bazy w Słopnicach. Na mecie był już mój Mąż oraz Asia.


Spędziliśmy praktycznie tyle samo czasu na trasie z taką małą różnicą, że ja zrobiłam 50 km, a oni 100 km :). W szkole zjedliśmy pierwszy ciepły posiłek od X czasu. Następnie jazda do domu bo już umierałam z tęsknoty za Misiem :)


Szybka kąpiel żeby zmyć z siebie cały wysiłek Kieratu i w końcu mogłam przytulić Michałka. Spałam jak zabita, a kiedy się ocknęłam to musiałam spojrzeć na kalendarz żeby zobaczyć czy to jest jeszcze dzisiaj czy może nastał już nowy dzień.





W niedzielę pojechaliśmy na uroczyste zakończenie. Każdy z uczestników dostał dyplom i pamiątkowy medal. I to nie byle jaki - jest piękny! Następnie odbyło się losowanie nagród z nr startowych - oboje mieliśmy szczęście i coś wylosowaliśmy. Z racji, że był to już XV Kierat to nie mogło zabraknąć pysznego tortu. I tak oto kolejny Kierat przeszedł do histori zostawiając wiele wspomnień.



W kategorii mężczyzn pierwsze miejsce zdobył Maciej Więcek. 100 km pokonał w czasie 13 godzin 19 minut. Jako ciekawostkę dodam, że mijaliśmy się jak byłam na 4 punkcie. Myślicie, że jestem taka szybka? Nie. To on jest taki szybki! Punkt 4 i 11 był po prostu w tym samym miejscu.  W kategorii kobiet pierwsze miejsce zajęła Urszula Zimny.



Ogromne gratulacje i podziękowania należą się dla Organizatorów!

Jeżeli chcecie przekonać się na własnej skórze jak to jest to już dzisiaj Was zachęcam do przyjrzeniu się z bliska temu tematowi. Żeby później nie było, że za późno powiedziałam :D Macie prawie rok na trening :)

Mariusz w kategorii open był 38, a w kategorii mężczyzn 35. 

Moje miejsce open 501, a w kategorii kobiet 69. Dodam, że jako ostatnia zawodniczka odwiedziłam półmetek :D.

Polecam również moje wcześniejsze relacje :)

Kierat 2017: http://camilla14a.blogspot.com/2017/06/xiv-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html


Kierat 2015: http://camilla14a.blogspot.com/2015/05/xii-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html


Kierat 2014: http://camilla14a.blogspot.com/2014/05/xi-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html


Kieratów w moim życiu było chyba 8, ale wtedy jeszcze nie istniał blog ;) Myślę, że osoby, które będą startować po raz pierwszy znajdą w tych wpisach garść wskazówek. A jeśli macie jakieś pytania to zawsze służę pomocą.




Pozdrawiam

Kamila :)

piątek, 9 czerwca 2017

XIV Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy Kierat 2017

Dokładnie dwa tygodnie temu odbyła się XIV edycja Międzynarodowego Ekstremalnego Maratonu Pieszego Kierat. Przez ten czas zdążyłam ochłonąć jednak kiedy pisałam tą relację wspomnienia odżywały na nowo.

Dla niewtajemniczonych napiszę tylko w skrócie co to jest :)

Podstawowe parametry maratonu KIERAT 2017:
Teren: Beskid Wyspowy, Gorce
Start/meta: Słopnice
Dystans: 100 km; 

Liczba punktów kontrolnych: 13,
Suma podejść: 3900 m,
Czas: 30 godzin (non-stop, dzień i noc);
Termin: 26-28 maja 2017 r. 



http://maratonkierat.pl/


Temat Kieratu przewijał się w rozmowach już od kilku miesięcy. W tym roku miałam wrażenie, że mnie to wszystko zupełnie nie dotyczyło. Nie zrezygnowałam jednak ze startu ponieważ chciałam poczuć tą atmosferę Kieratu...

W piątek tuż przed otwarciem biura zawodów zdążyła się uformować długa kolejka Kieratowiczów oczekujących z niecierpliwością na mapę. To właśnie w dniu startu dowiadujemy się jak będzie przebiegać ten 100 km "spacer". Zaraz po 12:00 pierwsza osoba wychodzi z mapą. Co niektórzy naprawdę nie mogą wytrzymać i zaczynają robić okupację i spoglądają przez ramię osobnika żeby dostrzec chociaż jakiś fragment.  Mariusz czeka cierpliwie...w końcu i my mamy ten cenny arkusz. M. jak tylko zobaczył mapę to poczuł satysfakcję, że trasa przebiega w ten sposób jak obstawiał czyli obejście dookoła Gorczańskiego Parku Narodowego.

W tym czasie kiedy wszyscy emocjonowali się co to będzie ja udałam się do "Galerii Handlowej". Jak ktoś był zupełnie nie przygotowany to w sklepiku mógł spokojnie to nadrobić i ubrać się od stóp do głów.

 Mapa odebrana więc pędem do domu, a tam całe tajne centrum dowodzenia! Lepiej nawet nie podchodzić - dla własnego bezpieczeństwa.



M. już na dwa dni przed startem miał przygotowane wszystkie rzeczy i odłożone w jednym miejscu. Chyba po raz pierwszy nie musieliśmy robić zakupów na ostatnią chwilę. A ja? Godzinę przed startem zapakowałam swoje rzeczy na spokojnie do plecaka. W końcu idę na krótki spacer to czym się mam emocjonować?

Jedziemy do Słopnic. Po drodze zabieramy Kingę i Filipa, którzy po raz pierwszy idą na Kierat. To właśnie z nimi miałam przyjemność pokonać tą trasę. Byłam dla nich "kołczem" i mówcą motywacyjnym! No dalej dalej dacie radę! Co jest? Już niedaleko :) Tak naprawdę to świetnie sobie radzili i podoba mi się to, że złapali tego bakcyla i za rok idziemy na setkę.



W tym roku po raz pierwszy start i meta oraz całe biuro dowodzenia znajdowało się w Słopnicach, a nie jak do tej pory w Limanowej. Taka decyzja dała Organizatorom szerokie pole do popisu jeśli chodzi o planowanie przebiegu trasy. W maratonie wystartowało około 660 osób.



Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Był to mój 7 start w Kieracie. Kiedy prawie 10 lat temu startowałam po raz pierwszy w tych zawodach byłam zupełnie zielona o co w tym chodzi. W roku 2014 i 2015 udało się przejść całość czyli 100 km. Kiedy już tak przejdziesz pierwszy raz i następny oczywistym staje się dla ciebie, że idziesz na całość bo przecież na "kilka km" to nawet nie opłaca się zakładać butów. Tym razem jednak stanęłam przed dylematem iść czy nie iść...a jak iść to na ile km? 100 zupełnie odpadało.


 Z Kinią :
Na zdjęciu moja ekipa, która rozdzieliła się na dwa składy.




Zestawienie nowych butów i moich trochę już bardziej wychodzonych niebieskich. Chyba najwyższa pora pomyśleć o jakiś nowszych bo moje to już zupełnie nie trzymają się podłoża, ale i tak je uwielbiam :D



Na stadionie w Słopnicach trwa wielkie odliczanie. Zawsze przed każdym startem czuję napływającą adrenalinę, a tutaj zupełny spokój. Będzie co będzie. Ja mam się trzymać swojego planu. Buziak dla M. i każdy w tym samym kierunku, ale już własnymi ścieżkami.



Do pierwszego punktu nie trzeba nawet wyciągać mapy ponieważ drogi są już tak wydeptane, że wielką sztuką byłoby się tutaj zgubić. Dla pewności jednak wyciągam GPS żeby zobaczyć czy te tłumy dobrze idą. A co jak się zgubią?





Karta na pierwszym punkcie  podbita to teraz powinno być z górki... żartowałam! To jest Kierat i walka dopiero się rozpoczyna. Wyobraź sobie siebie w tłumie prawie 700 ludzi, a później każdy rozchodzi się w swoją stronę i zostajesz sam w lesie? Tutaj tak to właśnie wygląda.



W drodze do drugiego punktu, który przebiegał tuż u podnóża Mogielicy pokonujemy trasę, którą do tej pory odwiedzałam na rowerze. Dopiero teraz wychodząc pod górę zdaję sobie sprawę jak tutaj jest stromo. Podchodzenie nie sprawia mi jakiś większych problemów, ale wiecie co? Zdecydowanie fajniej się zjeżdża na rowerze! Po dotarciu do drugiego punktu robimy sobie chwilę przerwy na kanapę. Z nowymi siłami ruszamy dalej.



Kolejna góra to Kutrzyca, a następnie Jasień. Po raz kolejny zaczyna lekko padać. Buty zaczynają być coraz bardziej mokre. Na szczęście deszcz szybko mija. Powiedziałabym, że w tym roku pogoda była wręcz idealna. Wszystkie ubrania jakie miałam na sobie lub w plecaku spełniły swoje funkcje więc niczego nie niosłam na darmo.



Z dalszych punktów zdjęcia były tak niewyraźne, że nawet ich tutaj nie publikuje.

Punkt trzeci przy jakieś wiacie. Spotykamy tutaj mnóstwo ludzi, którzy ogrzewają się przy ognisku. My też postanowiliśmy z tego skorzystać. Kolejna pyszna kanapka, którą przygotował M. i ruszamy w drogę. Idę pełna sił i optymizmu, a z drugiej strony szarpią mną emocje żeby zrezygnować ze swojego planu i iść dalej.

Jest już dawno po północy. Droga do czwartego punktu momentami zaczyna mi się dłużyć. Filip przejął nawigację, a ja z Kingą mamy zajęte ręce przewracaniem kijkami trekingowymi. Las, ciemno, zupełna cisza...jakieś wąwozy. Chwila zawahania czy my na pewno dobrze idziemy. Jak dla mnie wszystko wskazuje, że tak. To wszystkie drogi, a raczej ich brak wygląda na styl M. Kinga próbuje się doszukać odcisków butów...a mówiłam, żeby rozwinął nam włóczkę :D

Punkt czwarty czyli Willa Orkanówka w Porębie Wielkiej został osiągnięty przez nas równo o godzinie 03:00 tak jak zakładałam. Tutaj był mój Kieratowy koniec! Moi towarzysze mieli iść dalej, ale w ostateczności też zrezygnowali. Nie sądziłam, że będę mieć takie szczęście bo nawet się na to nie nastawiałam, ale udało się zjechać do bazy zawodów z innymi uczestnikami, a później do domu. Z tego miejsca chciałam podziękować sędzi Asi za to, że się mną tak zajęła! :)



W domu byłam po godzinie 4 nad ranem. Powoli zaczynało się już robić jasno. Kiedy wzięłam prysznic i wskoczyłam do łóżka ogarnęło mnie niesamowite szczęście, że już nie muszę się "męczyć" tylko mogę odpoczywać. Tuż po przebudzeniu zamiast być wypoczętą poczułam, że jestem bardziej wymięta niż wcześniej.

Razem z Kingą popołudniu pojechałyśmy do Słopnic żeby oczekiwać na mecie na Asię i Mariusza.
Trochę sobie tam poczekałyśmy, ale się doczekałyśmy. Asia i Mariusz pokonali dystans 100 km w czasie 22 godzin i 27 minut. Niesamowity wyczyn biorąc pod uwagę fakt, że trasa ta była najtrudniejsza w całej historii Kieratu. Tym samym znaleźli się w pierwszej 50 na 660 więc tym bardziej ukłony.


100 km :)
W niedzielę udaliśmy się na uroczyste rozdanie dyplomów i medali, a dla najlepszych oczywiście pucharów.


Z Mariuszem i Asią :)
Ten Kierat był dla mnie jednym z najtrudniejszych...Powiedziałabym, że wręcz istny paradoks! Wiesz, że możesz iść, a z drugiej strony nie możesz iść! Weź tu zrozum kobietę...


W tym roku nawet nie wiem, które miejsce zajęłam...
Zapraszam na moje wcześniejsze relacje :)

Rok 2014: http://camilla14a.blogspot.com/2014/05/xi-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html
Rok 2015: http://camilla14a.blogspot.com/2015/05/xii-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html

Jeżeli chcesz zobaczyć jak w całości przebiegał Kierat zobacz mapę :) KLIK

 

P.S. Na początku napisałam, że wystartowałam bo chciałam poczuć atmosferę Kieratu, ale nie tylko dlatego :D Zawsze na mecie była kiełbaska z grilla...tutaj się trochę rozczarowałam bo było co innego! A te kiełbaski były niespodzianką na 6 punkcie grrr! 

P.S.2. Moje chore ambicje mnie kiedyś zjedzą... :P

sobota, 30 maja 2015

XII Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy "Kierat" :)

XII Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy "Kierat" przeszedł już do historii.

W tamtym roku byłam pewna, że już nie wystartuję. Skoro raz udało się przejść 100 km to po co jeszcze raz? Jednak kiedy tylko rozpoczęły się zapisy uważnie śledziłam listę startową, aż w końcu sama się na niej znalazłam.

Podstawowe parametry maratonu KIERAT 2015:
Teren: Beskid Wyspowy;
Start/meta: Limanowa;
Dystans: 100 km;
Suma podejść: 3500 m;
Liczba punktów kontrolnych: 15;
Czas: 30 godzin (non-stop, dzień i noc);
Termin: 22-24 maja 2015 r.


W piątek tuż przed godziną 12:00 pojechałam z M. do Limanowej do biura zawodów w celu odebrania mapy. Na korytarzu zaczęła się formować dość długa kolejka Kieratowiczów, którzy tak jak i my byli ciekawi co Organizatorzy przygotowali. Pakiet startowy z numerem 488 odebrany. Jeszcze tylko do apteki skoczyć po lepce na obtarcia i do domu. M. już się niecierpliwił kiedy zajmie się opracowaniem strategi jakie drogi będą najlepsze. Ja zajęłam się bardziej przyziemnymi rzeczami czyli jedzeniem na całą trasę. Pakowanie plecaka jak co roku przysparza mi sporego problemu. Spakowałam się do różowego 25l...eee taka różowa nie chce :D W końcu upchnęłam wszystko do mojego rowerowego. W ostatniej chwili przed wyjściem wyciągałam z niego bluzę i dodatkowe legginsy. Najwyżej będzie mi zimno więc będę mieć dodatkową motywację żeby biec.

Tuż przed godziną 18:00 spotkaliśmy się w parku miejskim w Limanowej gdzie odbył się start. Łącznie wystartowało 647 zawodników.  Trochę się nas uzbierało. Co rusz to jakaś znajoma twarz :). Jak przed każdymi zawodami tak i tutaj nie znoszę momentu startu. Do pierwszego punktu ludzie lecą jak szaleni. Udzieliło się to i nam. W ekipie liczącej 9 osób zaczynamy biec. Momentami brakowało tchu. Bluzy wylądowały szybko w plecaku.


Ja, Mariusz, Robert, Wojtek, Paweł i Tomek, a reszta ekipy gdzieś się zaplątała :)
W parku miejskim w Limanowej.
Każdy z uczestników otrzymywał kartę, którą na każdym zdobytym punkcie przykładał do czytnika. Dodatkowo jeżeli ktoś nie miał 100% zaufania do techniki to mógł performatorem przebić numer startowy. U mnie przybijanie miało bardziej charakter psychologiczny ponieważ idąc sprawdzałam ile jeszcze mi brakuje żeby zapełnić wszystko.


Kolega Andrzej postanowił pokonać dystans 100 km na rowerze :)
Do pierwszego punktu mieszczącego się w miejscowości Stara Wieś na Osiedlu Golców docieramy o 18:56 - dystans 6,5 km. Do mety dalej niż bliżej :). Idąc na drugi punkt niektóre napotkane osoby z naprzeciwka szły do pierwszego. Do dzisiaj nie wiemy którędy oni musieli iść. Trasa im dalej tym robiła się coraz bardziej kieratowa. Wydeptane ścieżki po polach, woda i błoto dostające się do butów. W pewnym momencie trzeba było przejść przez rzekę. Przez chwilę się zawahałam, ale patrzę, że Asia przeszła...no to za nią. Woda sięgała ponad kolana - w sumie to nawet nie było takie złe bo wypłukała cały syf z butów. W tym momencie dwóch kolegów, którzy szukali kładki zostali gdzieś za nami.
Ej robią zdjęcie!!! Biegniemy :)
Powoli zaczynało się ściemniać więc trzeba było założyć czołówki. Na drugim punkcie myślałam, że zatrzymamy się chociaż na chwilę żeby coś zjeść, ale nie było nawet takiej opcji. Idziemy dalej. Zaczynamy się przedzierać na przełaj przez las w górę. Przypomina mi się wspinaczka z poprzedniego roku kiedy to "wspinaliśmy" się na Lubań. Punkt kontrolny nr 3 znajdował się na Stoku Góry Kostrza.Na miejscu przywitali nas licznie zgromadzeni Sędziowie czyli rodzina Asi :).



Jeżeli dotrzemy do kolejnego punktu to będzie już 1/3 trasy. Czy to nie brzmi optymistycznie? :) Z taką myślą ruszamy dalej. Po drodze od grupy odłącza się Robert, dla którego był to pierwszy Kierat ( Pewnie też nie ostatni :)). Teraz pomyślicie, że jesteśmy okrutni, ale razem z M. przed startem ustaliliśmy zasadę, że jeżeli ktoś odpadnie od grupy to musi sobie radzić sam, a jedzenie które ma w plecaku dzielimy na wszystkich :D Od razu zaznaczam, że tyczyło się to również mnie. W tym miejscu każdy wzbogacił się o batoniki i czekolady.

Duża część Kieratu w tym roku była w takich terenach gdzie często jeżdżę na rowerze więc do pewnego momentu jeżeli wiedziałam gdzie jestem to czułam się jak u siebie. W drodzę na 4 punkt wydawało mi się, że widzę ognisko więc pewnie tam jest punkt sędziowski. Miejsce jednak mi nie pasowało...hmmm wygląda jak pożar. Oczywiście dwóch Strażaków w ekipie więc jak tylko poczuli dym to wyobraźcie sobie jak biegli. W ostateczności zostaliśmy przegonieni przez pana, który urządzał sobie jakieś wypalanie.


Nie ma to jak wspólna pasja :D <3
Dzień przed startem podczas rozmowy z Panem Andrzejem  (organizatorem) żartowaliśmy na temat jakie buty ubrać. Porada brzmiała: gumowce po kolana :D Opady deszczu i burze jakie towarzyszyły już od kilku dni przed startem niczego dobrego nie wróżyły. Stwierdziłam, że nie będę inwestować w nowe buty bo i tak to nie ma sensu. Ubrałam swoje sprawdzone z tamtego roku. To nic, że bieżnik już jest tak zdarty, że go praktycznie nie ma...jeszcze w nich obejdę - pomyślałam :D Na dłuższych postojach było przebieranie mokrych skarpet i smarowanie maścią. Wcześniej mi nawet nie przyszło do głowy żeby posmarować nogi, a przecież dzięki temu woda mniej wnika w skórę. Stojąc w kolejce po numer startowy na stoisku ze sklepu napieraj.pl zobaczyłam maść Second Skin. Dominik sprzedawca bardzo ją zachwalał. Cena jak za tak dużą tubkę była dość przystępna więc się skusiliśmy. To nie jest płatne ogłoszenie, ale muszę Wam powiedzieć, że ta maść jest genialna :)


Na trasie co jakiś czas spotykaliśmy Kieratowego pieska :)
Kolejne punkty mijaliśmy jeden za drugim co jakiś czas spotykając Kieratowiczów. Przybijając z Asią karty słyszałyśmy od Sędziów słowa uznania w postaci " Jesteś 9, 10 kobietą w tym miejscu". No no całkiem nieźle. Oby to tylko utrzymać, albo nawet lepiej czyli poprawić :). Na 8 punkt w miejscowości Lipnica Górna do "Gospody pod Kamieniem" docieramy o godzinie 03:13. Jest to już 50 km. Nawet nie wiem kiedy to zleciało. Zawsze około 30 km dopadał mnie mały kryzys, a tutaj nic. Idziemy jak burza. Pogoda też jest łaskawa. Co jakiś czas lekka mżawka. Jednak to nic w porównaniu z tym na co się nastawiłam. Zakupiłam mega dużą pelerynę. Po wcześniejszych doświadczeniach gdzie na Ekstremalnej Drodze Krzyżowej miałam do pokonania 47 km w deszczu to stwierdziłam, że wolę się w niej zagotować, ale nie chce zamarznąć.

Na punkcie nr 8 od ekipy odłącza się Michał i Paweł. Przeszli to co postanowili sobie za cel i zostali w gospodzie. Zaczyna się robić znowu jasno. Po drodze przez chwilę towarzyszy nam piesek, który chyba przewijał się z większością maratończyków. Do kolejnego punktu Sołtysie Góry - polana z amboną dzieli nas długie 9 km. Niestety po 8 km Mariusza zaczynają obcierać buty. Próbuje najdziwniejszych patentów żeby jakoś temu zaradzić, ale niestety ból okazuje się silniejszy. Ekipa wykrusza się totalnie. Nawigację przejmuje Tomek, a Mariusz schodzi do Rajbrotu i stamtąd jedzie do domu :(  Smuteczek...



Po całej nieprzespanej nocy oczy same zaczynają się zamykać. Patrzę na drogę żeby zobaczyć jaki mam odcinek przed sobą i przewracam kijkami trekingowymi z zamkniętymi oczami. Próbuje dogonić Asię i Tomka bo być może rozmowa mnie rozbudzi. Nawet kawały, które do końca wcale nie były śmieszne były lepszą alternatywą niż milczenie :D. W pewnym momencie tak się zagadaliśmy, że minęliśmy sobie szlak i zejście w las. Cofamy się w górę i na przełaj na Ostrą Górę. Myślałam, że nie ma gorszej góry od Szczebla, a jednak jest. Na punkt 12 to był istna wspinaczka po głazach, a wystarczyło tylko trochę pomyśleć i poszlibyśmy eleganckim szlakiem :).


Wspinaczka do punktu 12.

Kolejne punkty zdobywamy przemierzając czasem pokrzywy po pas. O jakże ja się cieszę, że ubrałam jednak długie legginsy, a nie krótkie spodenki :). Asia, która miała krótsze już taka szczęśliwa nie była, ale przynajmniej będzie zdrowa. Mój skrót z błotem po kostki też był niczego sobie :D Tomek tak się zaangażował w cały Kierat, że aż nie możemy wyjść z podziwu. W końcu jednak dostał odpowiedzialne zadanie: nawigować i zaprowadzić nas do mety :)


Oznaczenie Kierat w miejscu gdzie urywał się szlak. Aż byłam zaskoczona tą tabliczką.

Od 14 do 15 punktu dzielił nas dystans aż 9 km. W normalnych warunkach powiedziałabym "tylko", ale na Kieracie każdy km to wyzwanie. Od miejscowości Sechna do Żmiącej tryb marszu po asfalcie zamieniamy w bieg. Kiedy zaczynamy podchodzenie na Górę Jaworz jestem w szoku "To ta góra jest taka stroma?". Na rowerze zawsze jeździłam na nią od strony Limanowej pokonując Pasmo Łososińskie - rzekłabym, że nawet łagodna jest, a tu takie coś. Organizatorzy na koniec zaserwowali nam taki deser jak w tamtym roku na Górze Paproć. W końcu po jakże długim marszu we mgle zdobywamy punkt kontrolny numer 15.


Punkt nr 15- Tomasz i reprezentacja KS Limanowa Forrest :D
W piątek przed startem pomyślałam, że jeżeli uda mi się zdobyć Jaworz to już będę w domu. Jednak do mety/domu dzieliło mnie jeszcze 9 km. Niewyspanie coraz bardziej dawało mi się we znaki. Czułam się już tak bezradna, że jedyne o czym marzyłam to gorąca kąpiel i ciepły koc. Nerwy powoli każdemu zaczynały już puszczać... i tak oto Asia "Osiołek" pobiegła gdzieś przed siebie i nie wiem nawet jaką drogą, a ja z Tomkiem jakimiś innymi drogami. Po szukaniu drogi w lesie i trafieniu do "cywilizacji" pytamy pierwszą napotkaną miejscową osobę czy daleko jeszcze do Limanowej :D W końcu trafiamy na jakieś znane nam odcinki drogi. Im bliżej mety tym nieustające telefony z pytaniami kiedy dotrzemy.


Już coraz bliżej mety :)

W końcu jest META :) 
100 km pokonane w czasie 24:45
Moje miejsce w kategorii kobiet 13 na 92.
Miejsce w kategorii open 189 na 647.

Na mecie czekało nas miłe powitanie :)


Na mecie z Tomkiem :)
Jak trochę ochłonęłam to udałam się na zasłużony posiłek. Według aplikacji Tomka spaliliśmy około 8 000 kalorii :D Żołądek miałam jednak tak skurczony, że taka porcja to nawet dla mnie było za dużo, a jak wiecie lubię dużo jeść :)


Ta kiełbaska sama się uśmiecha :D

W niedzielę rano razem z Asią pojechałyśmy na dekorację zawodników. 

Po raz pierwszy w historii Kieratu pierwsze miejsce zdobył mieszkaniec powiatu limanowskiego Bartłomiej Karabin - 100 km pokonał w czasie 13 godzin 51 minut 13 sekund. Gratulacje :)

Gratulacje należą się oczywiście wszystkim startującym :). 
W imieniu swoim i Asi chciałyśmy podziękować Mariuszkowi, który nas bezbłędnie nawigował do 60 km i Tomkowi, który przejął później rolę nawigatora i zaprowadził nas do mety...co za ulga, że w tym roku obyło się bez śmigłowca na trasie :) 

Wiadomość dla wszystkich "Szyderców" :D Jak przejdziecie chociaż 1 punkt to możemy pogadać na temat Kieratu :).


Moja druga Kieratowe setka :)

Podsumowanie :)

W tym roku trasa pod względem technicznym nie była jakaś trudna jeżeli tak w ogóle można powiedzieć o dystansie 100 km. Pogoda jednak zrobiła swoje i już od 1 km musieliśmy zmagać się z przemoczonymi butami - żadna przyjemność, ale idzie się przyzwyczaić. Na Kieracie pół trasy idą nogi, pół trasy głowa. Najgorzej jeżeli głowa i nogi nie chciały współpracować. Nogi mogą iść, a mi się chce spać. Jestem pełna energii, a tu ścięgno Achillesa się odzywa i jakieś pęcherze na nogach. Dodatkowo ból w barku.Po dotarciu do mety całe ciało drżało z zimna i przemęczenia. Opuchlizna na nogach pozwalała mi na założenie tylko jednych butów. Ból fizyczny jednak szybko minął i znowu pojawiła się ta dręcząca myśl "za rok jak wystartuję..." :) A miałam z tym skończyć :D 

Kierat nauczył już pokory nie jednego :). Marsz z nastawieniem "Przejdę 100 km" czasem może okazać się zgubny bo pewnych kontuzji itp. nie da się przeskoczyć. W tym roku nie miałam jakiś większych kryzysów. Być może doświadczenie z poprzednich lat zaowocowało. Nie było myśli "Po co idę? Jaki to ma sens?". Było nastawienie jak wyżej "Przejdę 100 km" choćby skały... :D


Może Wy też się skusicie za rok na taki "spacer"? :)

Na starcie otrzymujemy mapę gdzie zaznaczona jest droga od punktu do punktu w linii prostej. Sami musimy wybrać najlepszą opcje. Tak wyglądała nasza trasa :)


Pozdrawiam
Kamila :)

P.S. Relacja z roku 2014 :)
http://camilla14a.blogspot.com/2014/05/xi-miedzynarodowy-ekstremalny-maraton.html